RSS
niedziela, 17 stycznia 2010
46. UFO a sprawa polska

- Jesteś tam?! - dziadek pyta, jakby krzyczał do studni.

- Jestem.

- Dzwonię, żebyś mi dała adresy wydawnictw.

- Jakich wydawnictw? - pytam lekko zbita z tropu.

- Najlepiej dobrych.

Zapada długa cisza.

- Dziadku, ale ja nie znam się na wydawnictwach.

- Jak to? Przecież wydałaś kiedyś swoje wiersze.

Pamięć 79-letniego dziadka to prawdziwy labirynt. Dziadek nie pamięta na przykład mojego zawodu, ani imienia Heli, ale przypomniało mu się, że w liceum wydałam tomik wierszy.

- Dziadku jestem pewna, że to „wydawnictwo” (kserokopiarka w garażu kolegi powielająca artziny, teksty punkowych piosenek i pseudopoezje licealistek) już nie istnieje.

- No a jakieś inne?

- A po co ci te adresy?

- Napisałem kilka wierszy. Chciałbym je opublikować.

- Myhy...To chyba nie jest takie proste.

- Wiem. Byłem już w „Trybunie”, „Nie”, a nawet w „Gazecie Wyborczej”, chociaż jej nie czytam.

- Co?

- W „Nie” nawet mnie nie wpuścili. Powiedzieli, że Urbana nie ma. W „Gazecie” wpuścili, ale Michnika nie chcieli poprosić.

- Co ci przyszło do głowy?

- Wiem. Dopiero później się zorientowałem, że gazety nie publikują wierszy. Dlatego potrzebuję dobrego wydawnictwa.

Jakie szczęście, że mamy inne nazwisko pomyślałam szybko.

- A co to są za wiersze? - zapytałam, bo znów zapadła żenująca cisza.

- Dobre. Takie na czasie. O UFO. W telewizji dużo jest UFO, więc myślę, że ludzie to lubią.

- Myhy.

- Przeczytać ci?

- Nie, nie dziadku, przez telefon to lepiej nie - starałam się zachować spokój. - Ale wiem już, gdzie znajdziesz adresy wydawnictw: w książce telefonicznej.

Ta odpowiedź najwyraźniej dziadkowi wystarczyła, bo się natychmiast rozłączył. Nie zdziwiło mnie to - często tak robi.

 

- Dzwonił dziś dziadek - zagajam do Borsuka wieczorem. Leżymy już w łóżku: ja przeglądam „Gazetę Stołeczną”, a  Borsuk jak co dzień podróżuje palcem po internecie. Dziś jest na Kanarach.

- No i co?

- Został poetą.

- Jak mu się to udało?

- Napisał kilka wierszy, których nikt nie docenia. Chciał, żebym mu załatwiła ich druk.

- Powiedziałaś mu, że nie mamy drukarki?

Parskamy śmiechem.

- Przestań. On podchodzi do tego śmiertelnie poważnie. Będzie chodził z tym po wydawnictwach.

- Jaką ty masz pokręconą rodzinę.

- Spadaj. Ty też nie masz normalnej. Zresztą, może te wiersze są dobre, skąd wiesz? A pamiętasz jak się wyśmiewaliśmy, z dziadka jak nam opowiadał o sąsiedzie, który produkuje narkotyki (hellohela.blox.pl/2008/12/Pieprzna-historia.html)? I co, dzięki dziadkowi policja złapała poważnego dilera?

 

- Jesteś tam?! - dziadek swoim zwyczajem wrzeszczy do telefonu.

- Jestem dziadku.

- Wiesz cholibka. Chyba będę miał kłopoty - chichocze.

- Dlaczego?

- Myślę, że tymi wierszami nadepnąłem Tuskowi na odcisk.

- Co?!

- Byłem w kilku wydawnictwach i wszędzie się boją to wydać.

- Tak ci powiedzieli?

- Gdzie tam! Kręcą coś. Ale ja swoje wiem. Byłem kiedyś blisko władzy, to wiem jak działa.

- Dziadku to było w innym ustroju.

- Ustroje się zmieniają, ale ludzie nie.

- Rozumiem - odpowiadam, żeby już nie ciągnąć tego tematu.

- Ty jesteś odważna. Zawsze mówisz, co myślisz. Może byś opublikowała te wiersze w internecie?

No nie. Błagam. Tylko nie to.

- Dziadku może byłeś w złych wydawnictwach? - próbuję zmienić tor jego myślenia.

- Nie wiem, ale wyglądało tam elegancko.

- A jak się nazywały te wydawnictwa?

- Nie pamiętam... Poczekaj... Egmont!

- Przecież oni wydają książki dla dzieci.

- No to co? UFO nie może być dla dzieci?

- Nie czytałam tych wierszy, to nie wiem, ale może spróbuj gdzie indziej. A najlepiej to wyślij te wiersze pocztą.

- Zwariowałaś? Żeby mi je ukradli? Potem nawet się nie dowiem, że ktoś je wydał pod swoim nazwiskiem.

- Rozumiem.

- To co? Przywiozę ci je dzisiaj. Przepisałem je na komputerze.

- Ale dziadku w internecie nic nie płacą - sprytnie zniechęcam go do pomysłu.

- Wiem. Zarabia się tylko na prawach autorskich do filmu.

- Jakiego filmu? Przecież ty piszesz wiersze.

- Jak zdobędę popularność, to napiszę powieść - mam już nawet tytuł. Tylko opublikuj to pod pseudonimem, żeby nas nie aresztowali.

 

No to publikuję. Ostrzegam, tylko dla wytrwałych.

 

 

UFO

autor: pradziadek Heli

 

Po błękitnym niebie jak kometa UFO mknie.

Nagle się zatrzymało,

na polu wylądowało.

Tak się mocno przestraszyłem, jakby ducha zobaczyłem.

Po sekundach kilku głos ludzki słyszę.

 

Przybyliśmy w misji pokojowej.

U nas nie ma wojen ani zbrodni.

My żyjemy zgodni.

A wy gdybyście bomb atomowych użyli,

to byście swoją planetę utracili.

 

Wiemy, że na waszej planecie Ziemi

jest wiele nieszczęść i biedy.

Miliony ludzi nie ma pracy ani chleba

i z głodu umiera.

Kościoły wasze po śmierci was do raju kierują

i wieczyste zbawienie obiecują.

 

Podzieleni jesteście na kapitalistów, komunistów, socjalistów, neoliberałów,

na bogatych i biednych.

Nawet ustawy antykorupcyjnej nie macie

i nawzajem się oskarżacie.

 

Czas najwyższy na opamiętanie!

Na naprawę waszych systemów rządzenia,

dajemy termin krótki,

bo w sposób nieludzki was potraktujemy.

 

Wszelkie bogactwo na waszej Ziemi

podzielcie sprawiedliwie

i żyjcie wstrzemięźliwie.

niedziela, 03 stycznia 2010
45. Czy jestem darmozjadem

- Borsuk, wiesz co mi dziś powiedziała kosmetyczka?

- Że powinnaś sobie zrobić coś tam termobrazję?

- Nie. A skąd ty znasz takie słowo?

Borsuk patrzy na mnie znacząco. To zapowiada jedną z naszych ulubionych zabaw, czyli, a co jeśli jedno z nas ma kogoś na boku.

- Dobra, najwyżej wiesz to od kochanki, ale skoro musi sobie robić tę coś tam brazję, to na pewno ma gorszą cerę ode mnie.

Borsuk nie daje się sprowokować.

- A może ma po prostu trądzik młodzieńczy. Nastolatka?!

Parskamy śmiechem.

- My tu się śmiejemy, ale ilu naszych czterdziestoletnich znajomych wymieniło sobie kobiety na o połowę młodsze?

Borsuk znów patrzy znacząco: - Ja jeszcze nie mam czterdziestu.

- Właśnie. Ty masz inny charakter - zanim podejmiesz ważną decyzję, musisz wszystko sprawdzić.

- To w końcu co ci powiedziała ta kosmetyczka?

- Tak na chama zmieniasz temat. Borsuk, zlituj się. Powiedziała mi, że muszę być bardzo odważna.

- Że regulujesz brwi?

- To też, ale głównie chodziło jej o to, że nie wróciłam do pracy po macierzyńskim. Bo ona wróciła dwa miesiące po porodzie.

- Co to ma wspólnego z odwagą?

- Jej zdaniem jestem odważna, bo nie boję się, że ludzie powiedzą mi, cytuję: że jestem darmozjadem. Po za tym jej zdaniem nie realizuję się, więc nie mam czym zaimponować koleżankom i mężowi.

- Czyli w tym komplemencie była obelga.

- Cóż, ja się nie poczułam urażona. Raczej jej współczułam.

- Czego?

- Pomyśl, żeby zagłuszyć swoje poczucie winy, musiała obrazić klientkę.

- A jednak cię to poruszyło. Bez powodu posądziłaś mnie o romans.

- Bez powodu?! A odkąd to, mąż zna się lepiej od żony na kosmetyce. Poza tym siedzenie w domu rzeczywiście nie sprzyja atrakcyjności.

- Przecież jesteś atrakcyjna.

- Mowa trawa. Kiedyś nawet się malowałam, ale to takie niepraktyczne, Hela wciąż miała śpiochy uwalane podkładem. Jak się jakoś lepiej ubiorę, to zaraz się zaplamię, albo klęknę na ciastolinie, więc też się nie opłaca. Do fryzjera przecież z Helą nie pójdę…

- Mnie się podobasz. Jesteś taką fajną mamą.

- Mamą? To takie nie seksi – zawodzę.

- W tobie najbardziej seksi i tak jest osobowość. A jak ktoś jej nie ma, to musi bardziej o siebie dbać.

- Jaki ty jesteś dyplomatyczny. A kochance to sponsorujesz coś tam brazję.

- No co ty sponsorowanie odpada. Współczesne kobiety zarabiają na siebie same, a przy okazji się realizują.

- Więc jednak? Ty też?

- Żartowałem.

- Właśnie uświadomiłam sobie, że nikomu nie opowiadam, jaka jestem zadowolona z bycia w domu z Helą.

- Dlaczego?

- Bo jeśli kobieta sama nie zarabia, to przynajmniej musi być z tego niezadowolona. Właśnie to sugerowała mi kosmetyczka.

- No ale mówiłaś…

- Mówiłam. Mówiłam. Nie chodzi o to, co ja myślę, ale jaki jest trend. Współczesna kobieta sukcesu robi projekty, chodzi na lunche z klientami i żaden facet nie robi jej łaski, bo na wszystko zarabia sama. Nie czytasz „Wysokich Obcasów”?

- Ale przecież ty jesteś kobietą sukcesu. Realizujesz się jako matka!

- I nawet jestem szczęśliwa. Ale kto mi w to uwierzy?

czwartek, 31 grudnia 2009
Życzenia Noworoczne

Jako nastolatka siliłam się na życzenia filozoficzne.

Jako dwudziestolatka życzyłam wszystkim miłości.

Jako trzydziestoparolatka życzę innym przyjemności.

 

Drodzy Czytelnicy bloga o Heli,

życzę Wam na Nowy Rok tego,

czego życzycie innym,

z pewnością jest to dla Was najważniesze.

A po za tym,

życzę Wam przyjemności i cudownych chwil, bo to one składają się na szczęśliwe życie.

Borsukowa

15:13, pocztaklary
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 grudnia 2009
44. Matka sroczka psychopatka

Jako mała dziewczynka bardzo nie lubiłam wierszyka o sroczce*. Bo dlaczego do cholery temu łepek urwała? Innych nakarmiła, a najmniejszego bez ostrzeżenia ukatrupiła. Zwykła psychopatia a nie macierzyństwo! I dlaczego babcia ciągle mi to recytuje? - tak myślałam trzydzieści lat temu.

 

Ale jako mama zmieniłam zdanie.

 

- To chyba zbyt drastyczne dla Heli - mówi Borsuk obserwując zaangażowanie, z jakim „urywam najmniejszej sroczce łepek” i robię zamaszyste frrryyy! Przy odleciała.

- Myślisz?

- Na pewno znasz jakiś inny wierszyk.

- Znam ich dużo, ale ten... – próbuję zrozumieć, dlaczego recytowanie tego wierszyka sprawia mi przyjemność.

- Co ten?

- Sama nie wiem. Może chodzi o to, że pamiętam go z dzieciństwa.

- Ja też go pamiętam, ale go nie lubiłem - mówi Borsuk.

- Dziwne ja też go nie lubiłam, a nawet się go bałam.

 

Kilka dni później zaobserwowałam, że podczas zasypiania Hela sama raczy się „Sroczką”.

- Temu ten - szepcze pod nosem pokazując kciuk. - Temu tu. Temu am. Temu nie am - wyciąga kolejne palce. A temu Bam! Bam! Bam! –  podnosi głos i uderza pięścią w dłoń.

Ta agresja i siła, z jaką Hela się boksuje, przerażają mnie.

 

- Borsuk chyba miałeś rację – mówię zaraz po uśpieniu Heleny. – „Sroczka” jest zbyt drastyczna dla Heli. Opowiadam mu, co się wydarzyło.

- Normalnie, jak tak dalej pójdzie, to zacznie nas bić – drwi Borsuk.

- Żebyś wiedział. W Stanach Zjednoczonych stwierdzono, że w dniu, w którym odbywała się ważna walka bokserska, w znaczący sposób wzrastała liczba morderstw.

- Interesujące, ale co to ma wspólnego z Helą?

- Ludzie uczą się przemocy przez modelowanie.

- A co bijesz Helę i boisz się, że ci odda? – rechocze Borsuk.

- Nie biję, ale sroczce łepek urywam. I lubię to!

- W takim razie pytanie, skąd w tobie ta agresja.

- Jak to skąd? Agresja w człowieku jest i tyle. To po prostu instynkt.

- No to skoro w tobie jest, to w Heli też.

- Fakt. Agresja to jedno, a przemoc drugie.

Wtedy to do mnie dociera. Nieświadomie nauczyłam Helę kanalizować agresję w taki właśnie sposób. Zamiast ją bić, czy na nią krzyczeć, kiedy mnie rozzłości rozładowuję agresję w zabawie w urywanie łepka. Dlatego lubię tę zabawę, bo pozwala mi w bezpieczny sposób pozbyć się trudnych emocji.

I teraz, kiedy Helena jest zła, bo musi iść spać. Chodzenie spać o określonej porze jest najsztywniejszą granicą, jaką jej stawiamy. Zamiast krzyczeć, kopać, bić robi: bam, bam, bam. I znów dostaje się niewinnej sroczce.

 

Czyż nasze babcie nie były genialne?

 

*Tu, tu, tu sroczka kaszkę ważyła.

Temu dała do miseczki,

temu dała do łyżeczki,

temu dała w talerzyku,

temu nic nie dała,

a temu łepek urwała i frrrryyyy odleciała

21:20, pocztaklary
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009
43. Eden bam

-  Mama, mam dwa - mówi Hela i pokazuje mi swoje ręce.

Patrzę zdziwiona, bo trudno mi uwierzyć, że półtoraroczne dziecko rozumie już znaczenie liczb.

- Co masz? - pytam.

- Mam dwa - tym razem Hela pokazuje mi dwa palce.

- A mama ile ma? - wystawiam trzy palce

- Dwa - odpowiada Hela, a ja oddycham z ulgą, że to jednak przypadek z tym liczeniem.

 

- Kochanie wiesz jak się dziś wystraszyłam! - trajkoczę, jak co dzień kiedy Borsuk wraca z pracy. - Myślałam, że rośnie nam w domu geniusz - przez chwilę wydawało mi się, że Hela mówi, że ma dwie ręce.

- Hela ile masz rąk - pyta Borsuk.

Hela wystawia przed siebie ręce i mówi: dwa.

- Mówi się dwie - poprawia ją Borsuk.

- Di - powtarza po swojemu Hela.

Zawieszam się.

- No chyba rzeczywiście wie, że ma dwie ręce - kwituje spokojnie Borsuk.

- A ile mama ma nosów? - pytam pokazując szerokim gestem swój nos.

- Nie di - odpowiada Hela znudzona i wraca do układania parami obrazków zwierząt.

- To przypadek - macham ręką rozstawiając po domu świąteczne dekoracje.

Hela podchodzi do mnie pokazuje na trzy aniołki i mówi: mama trzy.

- To też przypadek? - pyta Borsuk.

- Hm. Ona teraz powtarza wszystko co ja powiem, więc na pewno usłyszała, że mówię trzy.

- Na pewno!

 

Następnego dnia jemy na obiad zielony groszek, który Hela nazywa ”bam”.

W pewnym momencie Hela nakłada sobie na łyżeczkę trzy groszki i mówi: trzy bam.

Przestaję jeść i obserwuję ją dokładnie.

Za chwilę nakłada dwa i mówi: dwa bam.

A nałóż proszę jeden - mówię do Heli. Wtedy ona zrzuca z łyżeczki jeden groszek i mówi: eden bam.

Czy to przypadek? Nadinterpretacja?  A może dzieci w tym wieku potrafią już liczyć do trzech?

15:56, pocztaklary
Link Komentarze (11) »
sobota, 12 grudnia 2009
42. Jak radzić sobie z chorobą dziecka

- Może za mało sprzątam? – siedzę po turecku na łóżku i mocno gestykuluję.

- Ale przecież ja sprzątam – Borsuk jest spokojniejszy, ale po drgającym policzku poznaję, że to tylko pozór.

- Wiem, ale może gdybyśmy sprzątali oboje, byłoby o połowę mniej kurzu.

- Nawet nie wiesz, czy Hela ma alergię na kurz.

- Czytałam w internecie, że to częsty powód obniżonej odporności.

- Jeżeli to kurz, to najwięcej jest go w książkach.

- Faktycznie. Musimy się ich pozbyć! I dywanów!

Po minie Borsuka poznaję, że też chce podążyć za moją paranoją, ale zbyt lubi swoje książki.

- Słuchaj, gdyby to było przez kurz, to wcześniej też by chorowała, a przecież zaczęła dwa tygodnie temu.

- To może za cienko ją ubieram na spacery… Albo za grubo…

- Albo odkrywa się w nocy i marznie.

- Albo przynosisz wirusy z pracy. Widzisz? Kolejna wada pracy w koncernie.

- Albo trzeba było dawać jej witaminy.

- Po co sztuczne witaminy, skoro Hela je tyle warzyw i owoców? A po za tym nie zmieniaj tematu.

- Czyli sugerujesz, że to moja wina?

- Nie, ale może zastanówmy się, co można z tym zrobić.

- Mogę rzucić pracę.

- Byłoby najlepiej, ale z czegoś musimy żyć. Lepiej będzie, jak po powrocie z pracy natychmiast będziesz się kąpał i przebierał.

- Zamiast przywitać się Helą będę czmychał do łazienki, a potem chodził w maseczce, tak?

Już to widzę oczami wyobraźni. Hela, która na dźwięk domofonu biegnie radośnie do drzwi z okrzykiem TATA! I Borsuk, który uważając, żeby jej nie dotknąć, biegnie w kurtce do łazienki.

Śmiejemy się.

- Chodźmy spać – Borsuk jest wykończony.

- Nastawić budzik na drugą? – pytam spokojnie.

- Dlaczego na drugą?

- Bo wtedy przestanie działać czopek i Heli na pewno skoczy gorączka.

- No to nastaw – wzdycha Borsuk.

Nie mogę spać. Co chwila chodzę sprawdzić, czy Hela się odkryła, czy temperatura jej wzrosła.

- AAAA! – krzyczę przerażona.

- Ciiii – odpowiada Borsuk, na którego wpadam po ciemku. – Idę sprawdzić, czy się nie odkryła.

- Już sprawdziłam. Chodź spać.

W końcu zasypiamy. Budzik brutalnie wyrywa nas z ciepłego miłego snu.

- Zanim ją zbudzimy sprawdzę, czy ma gorączkę – szepczę do Borsuka. Podświetlam telefonem ucho Heleny i drżącymi rękami wkładam termometr.

- 40,5 stopnia – odczytuję i czuję, że zaczyna mi brakować oddechu.

- Zimne okłady, szybko.

Hela nie przypomina siebie. Przelewa się przez ręce jak uśpione zwierzę. Z oczu ciekną jej wielkie, gorące łzy, a mimo to jest spokojna, nawet nie protestuje, kiedy widzi czopek.

Około czwartej nad ranem temperatura spada Heli do 38 stponi i udaje się ją uśpić.

Kolejne infekcje przychodzą regularnie w niedzielę. Jedna kończy się poważnym zapaleniem oskrzeli. Hela rzęzi jak Lord Vader i zanosi się od kaszlu.

- Ona się pani nie dotlenia – mówi lekarka, kiedy dzwonię do niej spanikowana. – Potrzebuje sterydów do wdychania. – Proszę natychmiast przyjechać! Jeśli się nie poprawi, trzeba do szpitala pod tlen. Wie pani, u dzieci to dużo nie trzeba.

- To co mam robić, kiedy się dusi? – pytam jeszcze bardziej spanikowana.

- Natychmiast otwierać okno. Zimne powietrze obkurczy oskrzela.

- Tuba – Hela szybko uczy się nowego słowa – staje się ważnym elementem naszego życia. Mi daje poczucie bezpieczeństwa, a Heli rozrywkę, której tak potrzebuje w związku z niewychodzeniem z domu. W chwilach, kiedy się nie inhaluje prawdziwą tubą, zastępuje ją lejkiem kuchennym.

Kiedy w końcu po sześciu tygodniach lekarka orzeka, że Hela jest zdrowa, mam ochotę ją ucałować z radości. Idziemy na pierwszy spacer, a Hela non stop się śmieje, a wręcz rechocze. Jest czwartek.

W sobotę Hela zaczyna się pokładać, a w niedzielę dostaje wysokiej gorączki! Innych objawów brak.

- Kochanie, a może nic nie możemy zrobić? – mówię do Borsuka zrezygnowana

- Może.

-  Nie możemy ciągle czuć się winni. Dziecko musi się wychorować.

- Nie wiem, co gorsze poczucie winy, czy bezradność.

- Trafiłeś w sedno. Poczucie winy to nic innego jak radzenie sobie z bezradnością. Łatwiej jest się pogodzić z faktem, że zrobiło się coś źle niż z tym, że nic nie można zrobić.

- A tran? Może będziemy Heli dawać tran. Słyszałem w pracy, że pomaga – Borsuk jakby przełączył się na inny kanał.

Waham się przez chwilę, czy się do niego dostroić, czy zostać w kręgu bezradności. – A może pojedziemy nad Bałtyk? Jod podobno pomaga na odporność.

 

13:41, pocztaklary
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
41. Przyszła Mi

- Mama nana, tata nana, mi nana – mówi Hela, a my z Borsukiem jak na sygnał patrzymy zdziwieni najpierw na nią, a potem na siebie. Wszyscy troje leżymy w łóżku.

- Przesłyszało mi się? – pytam podekscytowana. – Helenko, kto leży w łóżku?

- Mama, tata i mi – mówi Hela intonując w stylu „no co ty, nie wiesz?”

- Kto to jest mi? – pyta zachwycony Borsuk.

- Mi – mówi Hela i uderza się ręką w pierś.

- Ty? – dopytuję.

- Nieee – wyśmiewa mnie Helena. -  Tiii, mamo – pokazuje na mnie. – Tiu Miii – pokazuje na siebie.

Stało się! Po 17 miesiącach Hela uświadomiła sobie, że jest osobną istotą – samozwańczą Mi.

Następny tydzień przyniósł nam dużo wiedzy o „Mi”.

„Mi” lubi pieluchę z pieskiem na obrazku, a nie cierpi pieluchy z gąsienicą. Lubi przeglądać się w lustrze. Obiad jada tylko na talerzyku od babci, a soczek pije ze szklanki a nie z plastikowego kubeczka. Po za tym przed snem domaga się mycia zębów tylko po to, żeby, kiedy znajdzie się już w łazience, powiedzieć: „mama Mi nie myi** le***”.

Jak zwykle u Heli wszystko stało się z dnia na dzień i jak zwykle nie byłam na to gotowa.

 

nana* - leżeć

myi** - myć

le** *- zęby

 

dziecko, małe dziecko, dziewczynka, lalka, czarnobiałe, plac zabaw

16:19, pocztaklary
Link Komentarze (13) »
niedziela, 25 października 2009
40. Każde dziecko dostanie nóż

Przyznaję się! Tuż po urodzeniu Heli byłam nią tak zachwycona, że zaciągnęłam ją do telewizji, a raz chciałam nawet umieścić ją na okładce poczytnego miesięcznika. Podczas sesji spadła głową w dół z fotela i płakała tak przeraźliwie, że nie dało się zrobić „okładkowego” zdjęcia. To zdarzenie ostudziło moją chęć chwalenia się Helą.

Przyznaję się! Ciągaliśmy z Borsukiem Helę po specjalistach, bo prześladował nas lęk, że nie rozwija się prawidłowo.

Przyznaję się! Często porównuję Helę z innymi dziećmi, a kiedy widzę, że prześciga w czymś rówieśników, aż się zapowietrzam z dumy…

- Dziemy*, dziemy! Mama, dziemy tu! Mama! Tu dziemy – Hela prowadzi mnie do drzwi wejściowych.

- Nie kochanie, dziś nie idziemy. Pada deszcz i wieje wiatr. Chodź, porysujemy - prowadzę ją do stolika, ale Hela wyrywa się, biegnie do przedpokoju i z wielkim mozołem podnosi moje i swoje buty mówiąc: - Mama dziemy baby**. Dziemy nana***.

I wiem już, że dłużej nie da się tego odkładać, musimy z Helą pójść w miasto! Zacząć bywać w miejscach, gdzie Hela będzie mogła się wybiegać i spotkać inne dzieci.

Następnego dnia zapinając Helę w foteliku samochodowym opowiadam jej, że jedziemy gotować z panią śniadanie. Hela patrzy na mnie podejrzliwie, ale już za chwilę zaczyna monologować: - Buuu****, tani^, am^^, am, buła^^^, jajo.

Parkujemy przed starą fabryką na warszawskiej Pradze. Po czym wchodzimy do wypełnionej zabawkami sali. Hela omiata wzrokiem wnętrze, odwraca się szybko, ciągnie mnie za rękę i pewnym głosem mówi: - Mama, dziemy buuu.

- Zostajemy – mówię spokojnie. – Zobacz, będziemy gotować.

I wtedy Hela zauważa jedzenie. Widząc błysk w jej oku wiem już, że będzie dobrze

- Mama jaja. Tam jaja. Am am. – pokazuje na pobliski stolik i zabiera się do zdejmowania kurtki.

Zaczynamy od nakłuwania pomidora drewnianym szpikulcem.

Szpikulec? Żeby sobie oko wyjęła – myślę, ale nic nie mówię, tylko kontroluję każdy ruch jej ręki. Helena ma wielką frajdę z maltretowania pomidora, a ja znów staję przed dylematem, bo zadanie polega na stworzeniu z tego pomidora ludzika. I widzę, jak inni rodzice ukradkiem robią te ludziki za swoje dzieci i myślę: może ja też powinnam. W końcu jednak pozwalam Heli na totalną destrukcję pomidora.

- O, widzę, że Helenka nie weźmie pomidorowego ludzika do domu – mówi miła, ale napięta prowadząca. – A teraz zrobimy sałatkę. Każdy dostanie swoją porcję ugotowanych warzyw i nóż.

NÓŻ!? - krzyczę w myślach. A ja głupia martwiłam się o drewniany szpikulec.

Na szczęście nóż jest plastikowy i, o dziwo, Hela potrafi nim kroić.

Pani tytułowana już przez Helę „Tanią” pieje z zachwytu, że siedemnastomiesięczne dziecko jest takie sprawne manualnie.

- Tani! Tani! – Hela woła prowadzącą – myi, myi^^^^ –  i pokazuje oblepione ziemniakiem dłonie.

Pani prowadzi Helę do miski z wodą. Hela myje ręce,  wyciera je papierowym ręcznikiem, który następnie wyrzuca do kosza na śmieci.

Wow! - myślę zaskoczona kręcąc film z bezpiecznej odległości.

Teraz kolej na groszek. Helena bierze do jednej ręki plastikową łyżkę, do drugiej ziarenko groszku. Nakłada pojedynczy groszek na łyżeczkę i wrzuca go do miski z radosnym okrzykiem – Bam! bam! Po wrzuceniu pięciu groszków znów woła: Tani! Tani! Myi myi. Widząc, że pani jest zajęta zwraca się do mnie. Pomagam jej zejść z krzesełka,  ale kiedy staje na podłodze, od razu porzuca moją rękę i idzie samodzielnie myć ręce.

Na koniec zajęć „tani” daje dzieciakom wodę, mąkę i ryż. Te starsze przygotowują zaprawę murarską. Hela z otwartą buzią odkrywa magiczne właściwości mąki. - Mama, nie ma. Nie ma – powtarza radośnie szukając w wodzie mąki, którą dopiero co tam wsypała.

Jesteśmy zachwycone. Co prawda zajęcia są drogie i często nie biorą pod uwagę realnych możliwości dzieci, ale pokazują nowy wymiar osobowości Heli. Tego dnia w domu obiad gotujemy wspólnie: Hela obiera fasolkę i przyprawia rybę, a ja gotuję ryż.

Kolejne zajęcia utwierdzają mnie w przekonaniu, że hoduję w domu geniusza. Okazuje się, że Hela nie tylko potrafi gotować, ale też rysuje, lepi z ciastoliny no i oczywiście mówi. Czasem lepiej od dwulatków. Do tego sprząta po zabawie, nawiązuje dobry kontakt z prowadzącą i umiarkowanie boi się rówieśników. Kiedy Hela po raz pierwszy w życiu widzi i słyszy grającą na pianinie panią podbiega do instrumentu każe się podsadzić i uderza rytmicznie w czarne klawisze.

- Może Hela mogłaby uczyć się gry na skrzypcach? – atakuje mnie po zajęciach prowadząca.

- Jak kiedyś będzie chciała, to oczywiście – odpowiadam zdroworozsądkowo.

- Ale wiele dzieci zaczyna naukę, kiedy jest w wieku Heli.

Śmieję się – a kto im trzyma te skrzypce?

Pani pomija milczeniem moją ignorancję: - Proszę się zastanowić.

W drodze powrotnej staram się utemperować moje narcystyczne wyobrażenia o Heli. W końcu dzwonię do Borsuka.

- Musisz to zobaczyć, nasza córka jest prymuską. Cieszy się na każde nowe zadanie. Jest wpatrzona w Panią.

- Przesadzasz z tymi zachwytami.

- Musisz to zobaczyć.

Po sobotnich zajęciach Borsuk nadyma się bardziej niż ja. Razem wyglądamy teraz jak biust Pameli Anderson.

- Te dzieci były od niej starsze o rok. A ona wiodła prym. Widziałaś to?

- A nie mówiłam.

W niedzielę wybieramy  się do „Obiektu Znalezionego” - kafejki pod „Zachętą”.  Słyszeliśmy, że otwierają się na rodziny z dziećmi. Pewnie chodzi o to, że kiedy młoda warszawka odsypia po imprezach, lokal świeci pustkami, a wiadomo rodziny z dziećmi wstają wtedy, kiedy ci pierwsi kładą się spać.

Od drzwi atakuje nas głośna muzyka i migające światła, które wprowadzają nerwową atmosferę. Młode animatorki ze zmęczenia, a może ze strachu chowają się w ciemnych zakamarkach.  Ewidentnie szczegóły wymagają jeszcze dopracowania, ale otwarcie się na dzieci jest zawsze godne pochwały.

Zajmujemy  miejsce przy stoliku z kredkami.  Już po minucie podchodzi do nas śliczna mała dziewczynka w dżinsowej spódniczce.

- Cześć - mówię do niej z szerokim uśmiechem, żeby zachęcić do kontaktu Helę.

Dziewczynka patrzy na mnie z wyrazem twarzy, który mówi: „Czego ta baba ode mnie chce?”. Po chwili wyrywa Heli niebieską kredkę i próbuje ją zjeść.

- Słuchaj, kredki są do rączki, nie do buźki – próbuję zabrać jej kredkę, ale mała patrzy na mnie zimno i bezkompromisowo. Odpuszczam. Dziewczynka ucieka.

Hela jest zmieszana. Jej wczorajsza odwaga i pewność siebie znikają. I nagle moja optyka się zmienia. Kandydatka na skrzypaczkę staje się znów małą dziewczynką.

Kiedy tak przyglądam się Heli w nowym świetle, zjawia się smakoszka kredek. Tym razem czai się na łososiową, ale jestem szybsza. Na widok dziewczynki Helenę paraliżuje strach. Mała to wyczuwa i łapie ją za nos. Hela zanosi się od płaczu. Dziewczynka dziwi się, ale sprawdza, czy jeśli dotknie jeszcze raz, to Hela znów zapłacze. Działa bez pudła. Ratuję Helenę biorąc ją na ręce i obserwuję z góry poczynania dziewczynki. Jest odważna, szybka, bezkompromisowa, niespotykanie ciekawa świata, a do tego szybko się uczy. W tym miejscu to ona króluje. Mama dziewczynki narzeka trochę na uciążliwość takiego temperamentu, ale obydwie wiemy, że takie cechy mają zdobywcy świata. Oczywiście mam świadomość, że Hela nie jest ani gorsza, ani lepsza od tej dziewczynki - jest po prostu inna.

Ta historia uczy mnie nie tylko pokory, ale uświadamia mi, jak trudno jest nie umieszczać w dziecku swoich niezrealizowanych, a czasem nawet nie uświadomionych ambicji.

Nadal uważam, że jeżeli to możliwe, dobrze jest w pierwszych latach życia dziecka poświęcić mu jak najwięcej swojego czasu. Ale pomału dociera też do mnie, że - dla mojego i Heli dobra - czas już realizować się na innych polach niż tylko macierzyństwo.

 

Słowniczek Heli:

Dziemy* - idziemy, idę, poszłyśmy, poszłam.

Baby** - piasek, piaskownica, babka z piasku, ciastolina, mąka.

Nana*** - wózek, spacer, leżeć, spać, poduszka, odpoczywać.

Buuu**** -  samochód, jechać samochodem

Tani ^ - pani (Tan –pan)

Am ^^ - jeść, jedzenie (Mniam – smaczne)

Buła^^^ - bułka

Myi ^^^^ - myć, kąpać się.

13:54, pocztaklary
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 września 2009
39. Sama mama

- Cieszę się, że oddzwoniłeś – mówię z ulgą do słuchawki.

- Coś pilnego? – przestraszył się Borsuk.

- Nie. Chciałam tylko pogadać.

- Teraz nie mogę, za chwilę mam zebranie, czy to może zaczekać do wieczora?

- Może – kłamię.

Samotność zawisa mi łzami na spłowiałych rzęsach. Jest piękne wrześniowe popołudnie. Helena śpi w wózku, a ja siedzę za pomnikiem Szopena i obserwuję, jak tłumy młodych par ciągną do Łazienek. Panny młode w bezach pozują z całych sił na tle czerwonych róż. Lekko ugięta nóżka, swobodnie spadający kosmyk, przeciągły pocałunek. Jakie to naturalne, spontaniczne i oryginalne. Czy ta moda na sesje ślubne się w Łazienkach Królewskich bierze się z marzenia o byciu królewną? Czy już nie można sfotografować się w innym parku? Normalnie mi to nie przeszkadza, ale dziś muszę to obśmiać.

Przy szóstej parze nuży mnie nabijanie się z drobnomieszczańskich upodobań. Nic nie pomaga. Czuję się samotna, niewygadana i opuszczona. Jeszcze raz biorę do ręki telefon i kontakt po kontakcie przeglądam moją książkę telefoniczną. Niestety, nie ma już żadnego kandydata do zadzwonienia. Od jakiegoś czasu mój telefon milczy. I to nie tylko dlatego, że nikt do mnie nie dzwoni, ale też dlatego, że nikt do mnie nie oddzwania. Dlaczego?!

Wiem, że dużo mówię o Helenie, ale czy stałam się jedną z TYCH matek… tych nudnych rozmawiających o kupach niemowlaków?! A może to dlatego, że nie jestem już tak błyskotliwa. Od jakiegoś czasu obserwuję u siebie wyraźny spadek formy intelektualnej. Po za tym jest wrzesień – wszyscy spięli pośladki po wakacjach, a ja zawsze jestem na luzie. Może to ludzi wkurza, a może po prostu nie mają czasu. Ale wszyscy na raz? Nawet Borsuk?

Oczywiście nie żyję na bezludnej wyspie, chodzę na place zabaw, bywam w knajpach dla mam z dziećmi i odbywam tam wiele rozmów, ale mam wrażenie, że jest to jedna i ta sama rozmowa.

- Ile ona ma? – pyta sympatyczna pani w piaskownicy.

- Szesnaście miesięcy – odpowiadam robiąc babkę, którą Hela natychmiast burzy.

- Drobna jest. Kazik ma dziesięć – mówi dumna babcia i pokazuje rosłego chłopca w drugim końcu piaskownicy. – Kupujemy mu już ubrania na metr.

- Wow! Duży chłopak.

- Ile ona ma? –  rytualnie zaczyna rozmowę dziewczyna z modnie zamotaną na szyi chustą.

- Szesnaście miesięcy – odpowiadam.

- Marianka ma czternaście – pokazuje dziewczynkę wspinającą się na zjeżdżalnię.

- Wow! Świetnie sobie radzi.

- Zaczęła chodzić, jak miała dziesięć miesięcy.

- Helenka miała trzynaście, więc nie jest jeszcze taka sprawna.

- Ile on ma? – pytam silną wewnętrznie blondynkę z grzywką.

- Antoś? Właśnie skończył rok – mówi dziewczyna goniąc chłopca z łyżeczką zupki.

- Nie chce jeść?

- Co ja się z nim mam. Chce tylko mleko z butelki.

- Helenka je wszystko i w każdej ilości. Po za tym potrafi jeść sama łyżeczką.

Na dźwięk słowa „je” Helenka wstaje, otrzepuje rączki podchodzi do mnie i mówi: - Mama am. Mama am.

- Nie Helenko, jeszcze za wcześnie na obiad.

Hela patrzy na mnie ze smutkiem i wraca do piaskownicy mówiąc sobie pod noskiem: - Nie ma amy, nie ma amy.

- Ale pani ma dobrze – zazdrości mi mama Antosia.

Tak jest codziennie. Aż sama się dziwię, że nigdy nie spotykam tych ludzi drugi raz. A może ich spotykam, tylko nie rozpoznaję.

Chyba już czas wrócić do pracy. Ale o czym ja tam będę rozmawiać?

- Fajny garnitur.

- Dzięki. Fajna koszula.

- Dzięki. Jak weekend?

- Świetnie. Super warunki na… a) szybowce, b)windsurfing, c) tenisa. A twój?

- Dużo roboty. Projekt dla iksa się rozkręca.

- Świetnie. To powodzenia.

No właśnie, czy „drobne” rozmowy w piaskownicy różnią się od „drobnych” rozmów korporacyjnych?

 

niemowlę, dziecko, uśmiechnięty niemowlak, ładna dziewczynka

23:11, pocztaklary
Link Komentarze (25) »
niedziela, 23 sierpnia 2009
38. Klątwa rodzinna

Zrywam się i biegnę w ciemnościach do Heleny. Wpadam na krzesło. Wyczuwam po omacku jej  głowę - twarz ma mokrą od gorących łez.

- Kochanie, co się stało? – pytam zaniepokojona, bo ostatnio Hela sypia dobrze. Chcę ją przytulić, ale ona wije się jak piskorz na moich rękach i krzyczy: - NIE! NIE!

Zapalam bladą lampkę i próbuję  pogłaskać ją po głowie. Patrzy na mnie ze strachem, jakby spodziewała się czegoś najgorszego, a po chwili, płacząc głośno, kopie mnie w brzuch i się wyrywa. Odkładam ją do łóżeczka. Ucieka w najdalszy jego kąt, odwraca się do mnie plecami i przeraźliwie woła Borsuka: - TAAAAATAAAAA! TAAAATAAA!

Co o tym myśleć, co robić? Borsuk był dziś wykończony po pracy i chciałbym mu oszczędzić nocnej pobudki. Ale sama czuję się zagubiona.

Rozpaczliwe wołania Heli w końcu budzą Borsuka. Kiedy wchodzi, Helena od razu się uspakaja. – Tata, tata, tata, tiu, tiu – przywołuje go do siebie i wpada mu z ulgą w ramiona. Znam to jej odetchnięcie. Robi je zawsze, kiedy dostanie coś, o co walczy.

Moje kolejne próby dotknięcia jej, a nawet zbliżenia kończą się zawsze tym samym - krzykiem i strachem, który płonie w jej oczach jakimś szalonym blaskiem. Nie chcę się z tym pogodzić, więc biegnę do niej za każdym razem, kiedy znów się budzi, ale ona chce tylko Borsuka.

Rano czuję się fatalnie. Trochę z niewyspania, ale przede wszystkim z powodu odrzucenia. Tymczasem Helena zachowuje się jakby nigdy nic. Standardowo przytula się do mnie, przechodzi między moimi nogami, wyciąga ręce i pełnym uwielbienia głosem mówi: - Mama.

Patrzę oniemiała na Borsuka.

- Może ona lunatykuje – rzuca Borsuk.

- Gdyby lunatykowała, to nie musiałbyś jej usypiać, bo przecież by spała.

- Dziwne – mówi Borsuk i nie wdając się ze mną w rozmowy i biegnie do pracy.

Kolejne pięć nocy wygląda tak samo, a ja zaczynam rozpoznawać u siebie stany depresyjne. Borsuk jest zupełnie pochłonięty pracą i niewyspany, a Helena w czasie dziennej drzemki budzi się co pół godziny i za każdym razem widzi we mnie zło wcielone. I nie mam z kim o tym pogadać, bo wszyscy są na wakacjach.

Kusi mnie, jak Harry’ego Pottera kiedy spotka Dementorów, żeby wejść w tę otchłań i cierpieć, żeby zacząć w sobie pielęgnować poczucie, że „wyhodowana na własnej piersi córka mnie odrzuciła, przestała kochać”. Ale w końcu postanawiam się z tym zmierzyć.

- Po pierwsze wgląd. Po drugie lektury. Po trzecie dedukcja – mówię do siebie.

Szybko znajduję odpowiedź na pytanie, dlaczego tak mnie to rusza. Klątwa rodzinna. W mojej rodzinie od czterech pokoleń powtarza się ten sam schemat: matka i dwie córki. Zawsze trudne relacje, apogeum w okresie dorastania, zerwanie kontaktu i trudny bolesny powrót, który nigdy nie przynosi spodziewanej ulgi.

Oczywiście w klątwy nie wierzę. Nie wierzę też w ustawienia rodzinne Hellingera. Ale wierzę, że wiele rodzin bezwiednie powiela schematy poprzednich pokoleń. Znałam kiedyś pewnego Woolfa, blisko spokrewnionego z Wirginią Woolf. Traktował on samobójstwo jak jeden ze sposobów radzenia sobie z niepowodzeniami. Tak, jakby tabu śmierci z własnej ręki było w nim przełamane, a kolejne samobójstwa w jego rodzinie zdawały się dawać coraz większe na nią przyzwolenie.

Czy moja rodzina też utknęła w takim zaklętym kręgu?

Jeśli tak, muszę to przezwyciężyć. Muszę zrozumieć, gdzie leży powód tych międzypokoleniowych konfliktów i coś zmienić.

- Mamo - pytam nieśmiało – czy ja cię kiedyś kopnęłam, kiedy chciałaś mnie przytulić?

- Ciągle to robiłaś. Z całych sił mnie odpychałaś i nigdy nie chciałaś pocałować. Mówiłaś, że śmierdzę.

- A zanim zaczęłam mówić?

- Też mnie odpychałaś. W końcu przestałam cię przytulać, bo myślałam, że tego nie chcesz.

- Ale wiesz, że chciałam?

- Nigdy nie chciałaś.

- Przecież byłam dzieckiem, jak mogłam nie chcieć przytulania własnej matki.

- Nie wiem, ale ja ci ufałam. Ty zawsze najlepiej wiedziałaś, czego chcesz, więc ja cię słuchałam.

- Przecież byłam dzieckiem. To ja ciebie powinnam słuchać, a nie ty mnie – próbuję rozmawiać z matką, ale czuję, że to ją uraża i zaraz zaczniemy raniącą obie strony rozmowę.

Więc to jest próba – myślę sobie  po rozmowie z matką – Helena sprawdza, czy będę przy niej mimo odrzucenia.

Wieczorem nie mogę usnąć, czekam na jej pierwsze przebudzenie. Kiedy słyszę dramatyczne taaataaa, biegnę i biorę ją na ręce. Hela wyrywa się i wrzeszczy. Przytulam ją mocniej, żeby poczuła, że się nie zrażam i wtedy dzieje się coś dziwnego. Helena wymiotuje na mnie.  Wymiotuje jak dorosły – mocno i obficie.

- Taaa – mówię zrezygnowana pod nosem oddając Helę Borsukowi.

- Jest do ciebie bardzo podobna  - dodaje Borsuk.

Faktycznie, ja też tak reaguję na trudne sytuacje. Kiedyś obrzygałam kanara, który mnie złapał bez biletu.

A może moja matka ma rację, może nie można przełamać takiego oporu. Może dziewczynki w naszej rodzinie rodzą się z niechęcią do własnej matki – zasypiam pogrążona we wspomnieniach z dzieciństwa.

Budzę się dopiero rano. Okazuje się, że Borsuk wstawał pięć razy, ale ja się nie obudziłam.

Postanawiam porzucić wgląd na rzecz lektur. Tego dnia odkrywam też, że Hela ma w buzi cztery ogromne gule w miejscach, gdzie pewnie lada dzień przebiją się czwórki. Wygląda śmiesznie, jakby sobie czegoś napchała do policzków.

- Kochanie, odkryłam właśnie, że Heli rosną czwórki i to dlatego tak się budzi w nocy – mówię przez telefon do Borsuka.

- Ale dlaczego tak źle reaguje na ciebie? – pyta błagalnie, bo nie spał już siedem nocy.

- Nie wiem, ale się dowiem.

Daję Heli panadol, usypiam ją w hamaku i niczym goniona przez czas bohaterka kryminału przekopuję się przez kolejne psychoanalityczne i psychologiczne lektury. I w końcu wszystko układa mi się w głowie.

Niemowlak nie rozumie bólu. Nie wie, że płynie z jego organizmu, myśli, że zadaje mu go ktoś z zewnątrz, najczęściej matka, bo to z nią jest najbardziej związany i to ona dba o jego komfort. Niemowlę myśli sobie, że skoro matka zapewnia mu dobre samopoczucie, to cierpi też przez nią.

Czy walcząc ze mną, Helena walczy z bólem? Prawdopodobnie tak. W jej snach jestem pewnie negatywnym fantazmatem, który ją krzywdzi. Przecież Hela słabo jeszcze radzi sobie z emocjami, zwłaszcza negatywnymi, więc zachowuje się tak, żebym to ja - za nią - poradziła sobie z bólem i złością. I moim zadaniem jest skontenerować  i zneutralizować te uczucia.

Pewnie nie każdy w to uwierzy, ale w momencie, w którym to ZROZUMIAŁAM, wszystko się zmieniło. Hela przestała źle na mnie reagować. Razem poradziłyśmy sobie z tym ząbkowaniem.

22:25, pocztaklary
Link Komentarze (14) »
środa, 22 lipca 2009
37. Rozbój w piaskownicy

- Baby. Baby. Baby – powtarza Hela i kładzie mi na kolanach łopatkę.

- Tak kochanie, pójdziemy do piaskownicy – mówię spokojnie i popijam poranną kawę.

- Baby. Baby. Baby – Hela najwidoczniej nie chce czekać.

- Słoneczko nie możemy iść do piaskownicy o 7:30.

- Baby. Baby. Baby – Helena zabiera łopatkę z moich kolan i niesie ją Borsukowi, który właśnie wychodzi z łazienki.

Fascynacja piaskiem przerasta nasze najśmielsze oczekiwania. Nie przypuszczaliśmy, że roczne dziecko może przez pięć godzin przesypywać piasek z ręki do ręki nie ruszając się z miejsca. Hela jest zachwycona, ale ja… nudzę się nadzorując to przesypywanie. Obserwuję więc ludzi. I wciąga mnie to jak brazylijska telenowela.

Mokotów. Zacieniona piaskownica w jednym z parków.

Ładna, na oko pięcioletnia dziewczynka w stylowym kapeluszu podchodzi do Heleny i zabiera jej konewkę. Hela jest tak zaskoczona, że chowa się za mnie i zerka tylko ukradkiem, co się dzieje.

- Słuchaj, to nieładnie tak wyrywać komuś zabawkę – mówię spokojnie do dziewczynki. Jeśli chcesz coś pożyczyć, nie ma sprawy, ale warto wcześniej zapytać.

Dziewczynka śmieje się ze mnie, podbiega i zabiera wiaderko. No to otwieramy nowy rozdział - myślę i nie mam pojęcia, jak się zachować. Pięciolatka podchodzi i obsypuje nas piachem. Robi to spokojnie i metodycznie jakby sprawdzając moją cierpliwość.

- Dość. Nie wolno sypać piachem – jestem stanowcza.

- Julia, jogurt – podchodzi starsza pani i nie zwracając nie mnie uwagi karmi dziewczynkę. Właściwie to nie zwraca uwagi na nic. Po prostu mechanicznie macha łyżeczką często nie celując w usta Julii. To ignorowanie świata jest wyjątkowo irytujące i jest wyrazem biernej agresji. Kiedy jogurt się kończy, kobieta odchodzi, siada na pobliskiej ławce i wyciąga krzyżówki. Julia zaczyna tarzać się w piachu, ale ponieważ nie reaguję, szybko porzuca to zajęcie na rzecz głaskania mnie po ręce. Bardzo mi szkoda tej zaniedbanej dziewczynki, która wręcz błaga o wyznaczenie granic. Ale czy mamy prawo wtrącać się w wychowanie innych dzieci? Przecież jeszcze niedawno wyżywałam się w internecie na parze staruszków, którzy skrytykowali mnie za całowanie Heli w usta.

Ta sama piaskownica. Godzinę później.

Uginający się od tatuaży mięśniak, utemperowana szarowłosa pani i ich trzyletni syn zmierzają rytmicznie w stronę piaskownicy. Matka siada na ławce, a ojciec bierze dzieciaka za rękę i prowadzi do piachu. Facet czuje się nieswojo. Usiąść? Kucnąć? Stać? Mam wrażenie, jakby był na placu zabaw po raz pierwszy.

- No kop. Kop! – rozkazuje władczo synowi.

Dzieciak patrzy na niego ze zdziwieniem.

- No kop. Mówię, żebyś kopał, słyszysz? – syczy na malca.

Chłopiec  rozdziawia buzię i patrzy na ojca z niedowierzaniem.

- Kop!

W końcu syn ulega. Podchodzi do ojca i z impetem kopie go trzy razy w nogę.

- Co ty robisz?! – krzyczy ojciec.

- Kopię – rozbrajająco odpowiada malec.

Wybucham niekontrolowanym śmiechem. Ojciec się nie śmieje. Jest jak balon, z którego ktoś właśnie spuścił powietrze. Urażony odchodzi bez słowa zostawiając zdezorientowane dziecko.

Szybko przestaję się jednak śmiać, bo chłopiec pędzi jak taran w stronę Heli i próbuje wyrwać jej łopatkę. Nie reaguję. Helena dzielnie broni swojego dobytku. W końcu jednak malec wali ją w rękę i zdobywa upragniony łup.

- Pani syn bije moją córkę – czuję się jak skarżypyta odwołując się do matki chłopca.

- Przecież to tylko dzieci. Do wesela się zagoi – bagatelizuje obojętna matka.

Rozglądam się za ojcem chłopca, ale najwidoczniej poszedł już do domu.

Jestem przewrażliwiona, czy brak mi doświadczenia? Jak zachowywać się w takich przypadkach? Czego uczyć Helę? Jak sprawić, żeby nie biła innych dzieci, ale nie czuła się też ofiarą?

A może póki co powinnam kupić Heli piaskownicę i postawić ją na tarasie. Może dla nas obydwu jest jeszcze za wcześnie na naukę życia w dziecięcym społeczeństwie?

 

piaskownica, chłopiec w piaskownicy

 

18:25, pocztaklary
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 13 lipca 2009
36. Kiedy zginie coś ważnego

- O, pałeczki! Zobacz Helenko jakie ładne. Jadłam nimi pyszne krewetki w chińskiej knajpie w Amsterdamie - Helena zauważa szufladę, którą położyłam na podłodze i natychmiast przyraczkowuje bliżej. – Kiedyś na pewno pojedziemy do Amsterdamu – wzdycham i wyobrażam sobie, jak przeciskam się wózkiem między naćpanymi i pijanymi Angolami.

Szuflada w kuchennym stole ma ponad pół metra głębokości. Odsuwamy ją tylko po to, żeby wrzucić tam przedmioty, z którymi nie wiadomo co zrobić. Ale kiedy zginie coś naprawdę ważnego…

Helena od razu wygrzebuje sobie serwetniki. Siada i z namaszczeniem uderza jednym o drugi mówiąc głośno: BAM! – Wiesz kochanie, kiedyś mama i tata często zapraszali gości. Zapalali wtedy świece i elegancko dekorowali stół – znów wzdycham. Te czasochłonne zabiegi wydają mi się teraz bezsensowne.

- O, klucze do biura. Hmm jednak to ja je miałam.

- O, sianko. I drugie. O, i trzecie – wyjmuję z szuflady trzy zafoliowane porcje wigilijnego sianka. – Hela rzuca się na nie z zainteresowaniem. – Nakarmimy nim konia w Łazienkach – cieszę się, że siano nie leżało w naszej kuchni przez te lata na darmo.

- No nie, nie wierzę. Co tu robi mój pamiętnik z podstawówki - otwieram na chybił trafił. – Teraz Helenko przeczytam ci, co myślałam w szóstej klasie podstawówki: „ Podoba mi się tyle chłopaków, że czasem myślę o wizycie u psychiatry. To chyba nie jest normalne. Na przykład dzisiaj kokietowałam takiego metala Radka, jego kumpla Tylka i jeszcze kilku innych chłopaków z jego klasy. Laliśmy się wodą. To było okropne i ekscytujące zarazem. Na koniec wzięłam butelkę do podlewania kwiatów i wylałam Tylkowi na głowę. Wolałabym Radkowi, bo bardziej mi się podoba, ale za szybko uciekał.”

- Dobra kochanie, to chyba wystarczy - powiedziałam do Heli, ale ona skupiała się na szeleszczeniu siankiem.

Borsuk wrócił z pracy niespodziewanie. W ferworze studiów nad szufladą nie zauważyłyśmy z Helą, że już szósta.

- Znowu sprzątasz? Dlaczego?

- Normalnie. Ludzie sprzątają na wiosnę.

- Borsuk się roześmiał. A od kiedy to ludzie mają na ciebie taki wpływ.

- Nie ludzie tylko pora roku.

- Dobra, nie ściemniaj tylko mów, co się dzieje.

- Naprawdę nic. Przecież  ja nie rozładowuję napięcia sprzątaniem.  To raczej sprzątanie mnie napina.

- No właśnie. Przez pierwsze dwa dni milczałem, ale dziś zaczynam się poważnie niepokoić .

- Coś mi zginęło.

- Co?

- A ty jak zwykle od razu do sedna. Co? Co? Co? - COŚ. Gdybym chciała ci powiedzieć to bym powiedziała na przykład karta kredytowa mi zginęła.

-  Ty nie masz karty kredytowej.

- I całe szczęście, bo jeszcze bym ją zgubiła.

- Ale dlaczego pomyślałaś, że to COŚ jest w tej szufladzie. Przecież nigdy do niej nie zaglądamy.

- Bo wszędzie indziej już sprawdziłam. Nawet na półkach za książkami. Nawet na tych pod sufitem.

- Czyli to coś płaskiego lub małego. I do tego cennego skoro przetrząsnęłaś całe mieszkanie.

Helenka podnosi z podłogi kolejne przedmioty i przynosi pokazać Borsukowi: Dziękuję kochanie, to jest wachlarz, a to stara pieczątka, a to…

- Co to jest? – Borsuk zwraca się do mnie i pokazuje wypolerowany fragment silnika, który dostałam kiedyś na urodziny od mojego zwariowanego przyjaciela.

- To jest ważna część serca samochodu. I nie. To nie tego szukam.

- Daj już spokój z tym szukaniem. Cokolwiek to jest, na pewno można to odkupić.

I wtedy wybucham płaczem. Normalnie siadam na dywanie i łkam. Łzy lecą mi po policzkach jak beksa lali. – No właśnie, że nie da się. Bo to… pierścionek zaręczynowy.

- Borsuk blednie. Twój ukochany pierścionek?! – siada obok i nerwowo się buja. - Jak to się stało?

- Albo ukradł go pan z elektrowni. Albo przez przypadek go wyrzuciłam. Jakiś czas temu w szufladzie, w której zwykle trzymałam pierścionek, znalazłam zużytą pieluchę. Pewnie się pomyliłam i pieluchę wrzuciłam do szuflady a pierścionek do kosza. To typowy błąd wynikający z powtarzalności działań.  Stąd wypadki na taśmach produkcyjnych.

- Czyli musisz wziąć urlop.

Popatrzyłam na Borsuka z bezsilnością.

- Nie ma gadania w przyszłym tygodniu lecimy do Grecji.

08:20, pocztaklary
Link Komentarze (2) »
środa, 24 czerwca 2009
35. Nie mów nikomu

- Kochanie przecież lubisz mleczko. Spróbuj. Proszę. Błagam. – W kącikach oczu błysnęły mi łzy. – Zobacz, cyc – wystawiłam na wierzch pierś. Hela uśmiechnęła się słodko, położyła na niej delikatnie główkę i wydawała się rozanielona. Po chwili jednak zerwała się i zaczęła rytmicznie powtarzać da, da, da. Jej palec wyraźnie wskazywał butelkę.

niemowlę, niemowle, dziecko,niemowlak, ładne dziecko

 

Jak to możliwe, że wybrała butelką – mruczałam pod nosem przygotowując mleko. – Po jedenastu miesiącach absolutnej fascynacji piersią nagle z własnej woli przerzuciła się na sylikonowy substytut? Dlaczego!?

Smak ciepłego mleka z najnowocześniejszego laboratorium i dotyk jędrnego smoczka wyraźnie rozluźnił Helę. Wtopiła się w moje ramiona i rytmicznie, żeby nie powiedzieć łapczywie, wypiła 260 mililitrów. Zrelaksowaną wzięłam ją do naszego łóżka. Radośnie krzyknęła tata i wdrapała się na Borsuka.

- Znowu nie chciała piersi – powiedziałam grobowym tonem.

Zaspany Borsuk skupił się na Heli.

- Słyszysz, co ja mówię? – irytowałam się.

- Słyszę.

- I to cie nie martwi?

- Przecież kiedyś musiał przyjść ten moment – Hela stała na ramionach Borsuka, trzymała się ramy łóżka i podskakiwała.

- Ale tak mi smutno. Nie byłam na to jeszcze gotowa. To rodzice powinni decydować o takich rzeczach, a nie dzieci.

- To kwestia nie z tego aktu. Zostaw ją sobie na za piętnaście lat – Borsuk śmiał się ze mnie, a ja nie dostrzegałam komizmu sytuacji.

- Ale ja chcę i mogę jeszcze karmić! – ponieważ Hela odmówiła piersi już poprzedniego dnia sprawdziłam za pomocą laktatora, że mam mleko.

- Nie cieszysz się? W końcu napijesz się wina i kawy z mlekiem?

Pewnie, że miałam już dosyć kawy rozcieńczanej ryżową breją, którą szumnie nazywa się mlekiem no i marzyłam o lekkim mrowieniu nóg, jakie wywołuje alkohol, ale karmienie piersią…

- Nie zrozumiesz tego – rzuciłam na odczepne i postanowiłam porozmawiać z jakąś matką.

 

- I ty się tym martwisz? – Jana, której dziecko wykarmiła koleżanka z akademika nawet nie próbowała mnie zrozumieć.

Zadzwoniłam do Elizy, która jako jedyna moja znajoma ma trójkę dzieci.

- Mikołaj walczył o pierś nawet po urodzeniu Józka – skarżyła się. – Wyobrażasz to sobie? Ja tu ledwo przytomna karmię noworodka, a z drugiej strony podkrada się do piersi czterolatek.  Jak mu raz powiedziałam, że ludzie się z niego śmieją, to mi odpowiedział, że po co ludziom głupoty opowiadam. Ty lepiej nie mów nikomu o tym swoim „problemie” – z tonacji głosu poznałam, że Eliza robi palcami cudzysłów – bo tylko ludzi wkurzasz. Brzmi, jakbyś się chełpiła, że twoje dziecko jest lepsze od innych.

Super, nie dość, że czuję się podle, to jeszcze nie mogę gadać o tym z innymi matkami, bo wychodzę na chwalipiętę. Postanowiłam zadzwonić do Zuzy, która co prawda nie ma dzieci, ale za to ma zdanie na każdy temat.

- Zwariowałaś? Jak to już nie karmisz? I co teraz będziesz jej dawać? Chyba nie te sztuczne mieszanki? Błagam cię, tylko nie dorabiaj chciwych koncernów. Na przykład Jaga Hupałło karmiła swojego syna do siódmego roku życia.

- Zuza, kto to jest Jaga Hupało?

- A ty zawsze taka nie zorientowana. Zacznij w końcu czytać plotki, bo jak wrócisz do pracy nie będziesz miała o czym z ludźmi pogadać. To jest fryzjerka gwiazd. Bierze pięćset złotych za konsultację.

- I uważasz, że powinnam brać przykład z drogiej fryzjerki?

- Nie trywializuj. Zresztą skoro wiesz lepiej, to po co pytasz.

Fakt. Po co ja w takiej sprawie dzwoniłam do Zuzy.

Wybrałam numer Julii. Jest najrozsądniejszą z matek, które znam i dlatego czasem aż boję się pytać ją o radę.

- Też było mi ciężko – co za ulga ktoś w końcu okazuje mi zrozumienie – trzeba to po prostu odżałować jak każdą cenną rzecz, którą się traci.

Żałoba po karmieniu Heli trwała trzy dni. Kiedy minęła pojawiła się nowa tęsknota… za dawnym jędrnym biustem. Podobno jeszcze wróci. Oby!

22:21, pocztaklary
Link Komentarze (11) »
czwartek, 11 czerwca 2009
34. Całuję dziecko w usta

Helena śpi w wózku, a ja czytam „Związki miłosne” Kernberga.  Park jest prawie pusty. Niespodziewanie obok mnie siada starsza para. Srebrne włosy pana w połączeniu z szykownym prochowcem wzbudzają sympatię. Pani jest mniej stylowa - siada w dużym rozkroku pokazując mi żylaki. Rozglądam się. Wokół fontanny jest przynajmniej 10 wolnych ławek. Dlaczego oni wybrali moją?!

- Wyłączyłeś maszynkę? – głośno pyta pani wachlując nieznacznie nogami.

- Wyłączyłeś, wyłączyłeś – elegancki pan nieelegancko przedrzeźnia panią.

Zaczynam bujać wózkiem i dyskretnie daję im znaki, że dziecko śpi. Udają, że tego nie widzą. Rozsądna część mnie chce wstać i pójść , ale ta mniej rozsądna już się sposobi do walki. No bo skoro już wytarłam tę ławkę do sucha, to dlaczego mam z niej teraz zrezygnować?

- Przepraszam, czy mogliby państwo trochę ciszej? Dziecko śpi.

Patrzą na Helenkę, która delikatnie uśmiecha się przez sen.

- No i co z tego? Przecież to park – odpowiedź jest bardzo agresywna.

- Patrz no! Tym młodym to się teraz w głowach poprzewracało – mówi pani do pana zupełnie mnie ignorując. – Wszędzie te dzieci ciągają i jeszcze bezczelne takie.

- Spać to do domu! – pan wyciąga rękę i pokazuje mi kierunek.

A więc o to im chodzi. Nie mogli pomieścić złych emocji, więc przyszli do parku komuś je sprezentować. I padło na mnie. Ale dałam się podejść!

Oczywiście Hela się budzi. Na szczęście, w przeciwieństwie do państwa, ma wyśmienity nastrój. Uśmiecha się szeroko prezentując siedem zębów. Po kilku sekundach moje negatywne emocje też znikają. Biorę ją na ręce i całuję w usta. Hela odwzajemnia mój pocałunek. Przykładamy nosek do noska, a potem robię jej samolot. Później całuję ją w czoło, oko, drugie oko, nosek, policzek, drugi policzek, w ucho, drugie ucho, brodę, usta, a na koniec Hela pokazuje mi język i znów całujemy się w usta.

Tego starsi państwo już nie wytrzymują.

- To obrzydliwe - komentuje pan.

- Pedofilia – wtóruje mu pani. – Dziecko w usta całować – kto to słyszał?

- I to przy ludziach!

Początkowo ich oburzenie mnie zaskakuje, ale po chwili dociera do mnie, że ludzie zaprzeczają seksualności dzieci. Sama kiedyś tak bym zareagowała, całowanie dzieci w usta wydawało mi się nie na miejscu.

Ale od kiedy jestem mama postrzegam to zupełnie inaczej. Czytam też Kernberga i wiem, że jestem dla Heli pierwszym obiektem seksualnym. W jego „Związkach miłosnych” przeczytałam o badaniach pokazujących, że zdolność do podniecenia seksualnego zaczyna kształtować się w niemowlęctwie przez przyjemne i satysfakcjonujące doznania w relacji z matką. Seksualność dzieci ma niewiele wspólnego z seksualnością dorosłych, nie można jej jednak zaprzeczyć. Wiem już też, że jeżeli Hela będzie czuła się wystarczająco bezpiecznie, wkrótce fascynację mamą zmieni na fascynację tatą. Zakocha się w Borsuku pierwszą, romantyczną, nieszczęśliwą miłością. Będzie chciała za niego wyjść, będzie chciała, żeby ją kąpał i całował. Oczywiście on delikatnie ją odtrąci, a Hela w końcu pogodzi się z tym odtrąceniem.  Jeśli to wszystko się uda, w przyszłości  będzie zdolna budować szczęśliwe i trwałe związki miłosne.

Póki co całuję swoją córkę w usta. Uwielbiam to i dopóki ona nie powie mi „mamo, daj już spokój”, będę to robiła.

A Wy?

12:50, pocztaklary
Link Komentarze (15) »
niedziela, 24 maja 2009
33. Na biegun z dzieckiem

- Jeżeli zrobię w tym tygodniu jeszcze jedno pranie, to zwariuję - powiedziałam do Zuzanny, która od kwadransa narzekała na biurowe koterie.

Zuzanna milczała. Najwyraźniej uraziłam ją zestawiając jej problemy z moim trywialnym praniem.

- Jesteś tam? - zapytałam.

- Hym - chrząknęła.  - Ale wyskoczyłaś z tym praniem. Jak to się ma do mobbingującego mnie Piotra i molestującego Zbyszka?

Jak jej to wytłumaczyć? - myślałam. Czy zadbana singielka z własnym em, która uczy się tańca brzucha, ćwiczy jogę, chodzi na kurs ikebany i ma panią do sprzątania, zrozumie kogoś, kto od trzech miesięcy obsesyjnie chce zobaczyć dno kosza z brudną bielizną?

- Dla mnie twoje życie to sielanka - ciągnęła Zuzanna. - Zawsze robi mi się lepiej, kiedy do ciebie dzwonię. Zazdroszczę Ci tego wewnętrznego spokoju, tych codziennych spacerów do parku, tego, że nie musisz się malować, czesać, kłaniać w pas.

- Cóż... macierzyństwo to też praca.

- Może i praca, ale bez szefa, stresów, wyzwań - marzenie.

- I bez pensji - dodałam.

- Ale za to ile masz czasu dla siebie. Ja jestem już taka zmęczona tym napiętym grafikiem.

- Mój grafik jest teraz bardziej napięty, niż kiedy pracowałam. 

Znów to wymowne milczenie mówiące bezgłośnie, co ty pieprzysz?

- Zobrazuję to tak - zaczęłam - Co robisz, kiedy jesteś głodna, ale nie chce ci się gotować?

- Jem na mieście.

- No, a jeżeli nic ci się nie chce?

- No to nic nie robię.

- No właśnie. A kiedy Hela jest głodna, to musi zjeść w tej właśnie chwili, nie za dziesięć, czy pięć minut tylko juuuuż! Rozumiesz? Tak samo jest z piciem, spaniem, mokrą pieluchą, kupą w pieluszce.  Jeżeli nie przestrzegasz rygorystycznie planu dnia, nie wiesz, czy dziecko płacze, bo jest śpiące czy głodne. Czasem nawet półgodzinna obsuwa potrafi zrujnować nam obydwu dzień.

- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ona śpi, je i robi kupę zawsze o tych samych porach?

- Nawet dokładnie o tych samych godzinach. Dlatego możemy spokojnie pogadać przez telefon.  Między 11 a 13 Hela zawsze śpi na spacerze.

- To straszne - oburzyła się Zuza. - Czyli każdy twój dzień wygląda tak samo?

- Nie, każdy wygląda inaczej, bo Hela ciągle uczy się czegoś nowego.

- O Boże, właśnie przechodził Zbyszek. Znów się obleśnie gapił - Zuzanna nagle zmieniła temat.

- A propos, wiesz, że kobiety z dzieckiem są niewidzialne dla facetów? Przysięgam, od kiedy zaszłam w ciążę, żaden facet nawet na mnie nie spojrzał.

- Na pewno ci się wydaje - Zuza znów zbagatelizowała mój problem. - Po za tym wyjdź gdzieś bez dziecka, na pewno wzbudzisz zainteresowanie.

- A co zrobię z Helenką?

- Zostaw z kimś. Z babcią, ciocią, albo z Borsukiem. A najlepiej wyjedźcie bez niej na egzotyczne wakacje.

- Zwariowałaś?!

- I to szybko, póki mała nic nie jarzy, bo potem was nie puści.

- Zwariowałaś?!

- O co ci chodzi? Przecież ona tego nie będzie pamiętać, a wy odpoczniecie od rutyny - powiedziała z pogardą.

-  Nie wiem, czy wiesz, ale najważniejszym zadaniem rozwojowym pierwszego roku życia dziecka jest stworzyć bezpieczną więź z matką. Od jakości tej więzi zależą późniejsze relacje z innymi ludźmi i w ogóle ze światem - wygłosiłam referat. - Nie można ot tak sobie wjechać, kiedy dziecko ci już zaufa.

- Czyli jeżeli Martyna Wojciechowska zostawiła swoje kilkumiesięczne dziecko i wyjechała na biegun to znaczy, że dziecko będzie zaburzone? - zapytała Zuza.

- Gdzie wyjechała? Zostawiła niemowlę i wyjechała na biegun? To jakaś twoja znajoma?

- Nie. To gwiazdka telewizyjna. Czytałam o niej na Plotku czy Pudelku.

- Ale po co ona na ten biegun wyjechała?

- Potrzebowała wyzwań.

- Myślę, że raczej nie poradziła sobie z opieką nad dzieckiem i uciekła. A biegun to tylko kamuflaż.  Po za tym z bieguna trudno cię ściągnąć, nawet jeśli dziecko z tęsknoty płacze noc i dzień.

- Chyba przesadzasz. Przecież dziecko nie może cię zupełnie ograniczać.

- Pewnie, że nie może. Ale pierwszy rok trwa tylko rok. Po za tym można wyjechać z dzieckiem.

- Na biegun?

- Daj spokój. Biegun nie zając.

Kiedy wróciłam do domu, ochoczo wyrzuciłam na środek pokoju wszystkie brudne ubrania. Z pomocą Helenki, która uwielbia bawić się ciuchami, posegregowałam je na pięć części i postanowiłam, że do końca tygodnia zdobędę mój biegun na dnie kosza z brudną bielizną.

13:19, pocztaklary
Link Komentarze (17) »
środa, 06 maja 2009
32. Kot Szprot

Jutro przyszło szybciej, niż byśmy chcieli. Helena, jakby nigdy nic, obudziła się szczęśliwa i zwyczajowym okrzykiem da, da, da przypominała o porannym karmieniu. Półprzytomna wzięłam ją do naszego łóżka i przystawiłam do piersi. Wtuliła się we mnie ciasno obejmując nóżkami i rączkami. Była jak brakująca część. Kształtem, zapachem, kolorem idealnie wpasowywała się w moje ramiona. Dławiłam się cicho radością i miłością do niej. I wtedy wpadłam na pomysł jak ją usypiać.

- Borsuku, Borsuku przytulanie.

- Co przytulanie? - Borsuk otworzył oczy i zdziwił się, że Helena leży z nami.

- Przytulanie ją uspakaja.

- Przecież już to przerabialiśmy.

Zachęcani radami innych rodziców podjęliśmy próbę spania z Heleną w jednym łóżku, niestety spała tylko jeżeli jedno z nas mocno ją obejmowało. W chwili zwolnienia uścisku budziła się i nie chciała już zasnąć.

- A gdyby przytulała się nie do nas?

- A do kogo?

- Na przykład do maskotki? Albo poduszki?

- Też już kiedyś próbowaliśmy.

- Ale wtedy była za mała. Teraz potrafi już przytulać zabawki, a Kot Szprot podbił ostatnio jej serce. W psychologii mówi się na taką zabawkę obiekt przejściowy, czyli coś co ma dziecku zastępować pierś matki.

- Ok. możemy spróbować. Chociaż, moim zdaniem, najbardziej uspakaja ją zabawa kubeczkami.

- To może tak: najpierw czytanie, potem zabawa kubeczkami, a potem przytulanie Kota Szptrota. Tylko, że ty to musisz przeprowadzić, bo ja pachnę mlekiem.

- Dobra.

Po wieczornej kąpieli usiadłam cichutko w przedpokoju i nasłuchiwałam. O dziwo Hela nie płakała. Najpierw z zainteresowaniem wysłuchała „Lokomotywy", potem w skupieniu bawiła się kubeczkami, a na końcu dała się odłożyć do łóżeczka, gdzie czekał na nią kot i poduszka. Wychyliłam się z przedpokoju. Helena z całych sił tuliła kota.

- A teraz kochanie czas spać - powiedział Borsuk i usiadł przy łóżeczku. - Ja będę tu przy tobie siedział aż uśniesz.

Helena wyjrzała nieufnie między szczebelkami. Powiedziała cichutko tata, po czym zaczęła „wkręcać" głowę w poduszkę. Mościła się tak przez kilka minut i ... zasnęła.

- Jak to możliwe? - przytulaliśmy się z Borsukiem i prawie płakaliśmy ze szczęścia.

- Sam nie wiem.

Od tamtego dnia noce z Heleną przestały być trudne. Dlaczego tak się stało? Nie jesteśmy pewni.

Po pierwsze, następnego dnia odkryłam, że w ostatnim czasie urosły jej trzy nowe zęby.

Po drugie, może przeczołganie jej przez metodę Tracy Hogg jednak dało jakieś rezultaty.

Po trzecie, głowa jej ukochanego kota, do której mocno się przytula przed snem, przypomina w kształcie pierś.

Po czwarte, poduszka, na której śpi, pachnie mną.

Po tym trudnym doświadczeniu jednego jesteśmy pewni. Z całych sił trzeba się wsłuchiwać w potrzeby dziecka i rozmawiać z nim, nawet jeśli ma dopiero siedem miesięcy.

 

śpiące niemowle, niemowlak, nimowle i kot

21:07, pocztaklary
Link Komentarze (14) »
niedziela, 19 kwietnia 2009
31. Nieznośna lekkość snu

- Wiem, że jesteśmy strasznie zmęczeni, ale muszę o tym pogadać, bo nie usnę - szeptałam w ciemnościach.

Zegar wyświetlał 2:45.

- Kochanie, byłaś bardzo dzielna - wymamrotał Borsuk na odczep.

- Najgorzej było, jak zaczęła łkać - żaliłam się cicho. - Płakałam razem z nią.  I jeszcze to mleko, im głośniej płakała, tym więcej ze mnie się lało. 

- Ale nie złamałaś się.

- Kurcze, jaka jestem twarda - wpadłam w samozachwyt - aż dziwne, że nie odniosłam dotąd sukcesu zawodowego.

- Ale nie będziemy teraz rozmawiać o twoim życiu zawodowym, co? - Borsuk ściął temat, na który przegadaliśmy tysiące godzin.

- Jeśli ta metoda Tracy Hogg działa, to z każdym dniem będzie coraz łatwiej - pocieszałam się na głos.

- Miejmy nadzieję, że nie codziennie będziemy ją odkładać do łóżeczka 130 razy - westchnął Borsuk i usnął  tak szybko, że nie zdążyłam nic odpowiedzieć.

 

Po odkryciu, że piłka usypia Helę, byliśmy wniebowzięci. Braliśmy małą na ręce i kilka minut podskakiwaliśmy siedząc na piłce. Czym było to dziwactwo w porównaniu z wielogodzinnym maratonem usypiania przy piersi. Zwłaszcza, że w tym Borsuk mógł mnie wyręczać.

Tylko, że... z czasem pięć minut na piłce zmieniło się w dwadzieścia, potem w czterdzieści, a na końcu pojawił się problem z odkładaniem do łóżeczka. Brnąc dalej w ten absurd zaproponowałam: kupmy bujane łóżeczko!

Zadziałało! Na trzy tygodnie. A potem przyszedł kryzys.

Pewnego dnia uświadomiliśmy sobie, że od tygodnia nie spaliśmy ciągiem dłużej niż godzinę. I wtedy postanowiliśmy wrócić do metody Tracy Hogg, czyli usypiania Heli w łóżeczku.

Po trzech dniach obiecywany przez Tracy progres nie przychodził. Wyczerpana i targana wyrzutami sumienia czułam się jak bohaterka horroru „The Blair Witch Project". Zagubiona w przerażającym lesie zaopatrzona w mapę, która albo jest błędna, albo ja nie potrafię jej czytać.

 

the blair witch project

 

Z zapisków zagubionej matki:

Mam 10 minut przerwy. Od półtorej godziny próbujemy uśpić Helenę. Coraz trudniej ją uspokoić. Czy ta metoda jest naprawdę dobra, a może stosując ją, bezdusznie zachowujemy się jak fanatycy? Borsuk szepcze ciiii, ciiii, ciiii, a Hela krzyczy w niemowlęcym języku: dlaczego mi to robicie?!

Ciekawe, co myślą o nas sąsiedzi, kiedy słyszą po raz 120 to samo:

wrzask (Hela leży w łóżeczku),

nagła cisza (bierzemy ją na ręce),

płacz (próbujemy ją odłożyć),

cisza (uspokajamy ją na rękach),

wrzask (Hela znów leży w łóżeczku).

Minęło 15 minut. Wydaje się, że Hela płacze coraz gorzej. Poszłam zmienić Borsuka, ale ku mojemu zdziwieniu on powiedział, że dobrze mu idzie... Jak bardzo to jest subiektywne - pomyślałam.

Po dziesięciu dniach zwątpiliśmy w metodę Tracy. Każda próba usypiania była prawdziwym piekłem, które trwało średnio dwie godziny. Zważywszy na to, że Hela śpi dwa razy w dzień, budzi się dwa razy w nocy i trzeba ją uśpić wieczorem około 10 godzin na dobę, zarówno my jak i Hela, spędzaliśmy w piekle. Tej nocy nie spaliśmy w ogóle. Szarzało już, kiedy pozwoliliśmy Heli zasnąć na rękach, a ona nie obudziła się odłożona do łóżeczka.

Leżałam bezwolnie na kanapie. Borsuk siedział obok na podłodze.

- To już koniec - powiedział Borsuk głosem człowieka, którego przez ostatni tydzień torturowano i w końcu się złamał.

- Wiem - odpowiedziałam patrząc w sufit.

- Hela jest bardziej uparta niż przewiduje Tracy Hogg.

- A ja myślę, że ona nie poddała się, ponieważ wie, że może na nas liczyć.

- Czyli twoim zdaniem to, że od dziesięciu dni narażamy ją na płacz, dobrze o nas świadczy?

- Dobrze świadczy o nas fakt, że mimo tylu prób Helena w nas nie zwątpiła. Stworzyliśmy jej bezpieczną bazę.

Borsuk popatrzył na mnie z niedowierzaniem. - I co teraz?

- Teraz idziemy spać. Jutro się zastanowimy.

15:18, pocztaklary
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 23 marca 2009
30. Komu wierzyć?

- Nie wodzi wzrokiem - szeptała wycofana neurolożka.

Patrzyliśmy na nią pytająco. Hela miała półtora miesiąca i zgodnie z zaleceniami dla dzieci z niską masą urodzeniową zorganizowaliśmy jej tourne po specjalistach.

- Powinna już wodzić - dodała neurolożka widząc nasze zaskoczenie.

- Helenko popatrz! Popatrz! - energicznie chwyciłam grzechotkę i machałam nią to z prawej, to z lewej strony. - Proszę zobaczyć, wodzi - mówiłam z ulgą w głosie.

- Tak wodzi, ale za dźwiękiem - zgasiła mnie pani doktor. - Proszę powtórzyć to cicho.

Powtórzyłam. Hela zdawała się patrzyć w jakiś odległy niedostępny punkt. Czułam, jak ręka z grzechotką więdnie mi i opada bezwładnie.

- Czy to znaczy, że ona nie widzi? - trzeźwo zapytał Borsuk.

- Nie wiem. Albo nie widzi, albo się wolniej rozwija - neurolożka cięła nas słowami jak żyletką.

- Na pewno widzi, przecież uśmiecha się na widok piersi! - wyrzuciłam z siebie nagle, fragment wewnętrznego monologu.

- To z powodu zapachu mleka. Pytanie, czy uśmiecha się, gdy widzi pani twarz?

- Jeszcze nie - odpowiedziałam smutno.

- No właśnie - gorzko zatriumfowała lekarka. - Trzeba to obserwować. Ten tydzień będzie decydujący. Proszę ją zachęcać do wodzenia wzrokiem. Tylko cicho. Najlepiej pokazywać jej coś w kontrastowych kolorach.

 

-  A dajcie spokój! - Jana wpadła jak burza do naszego mieszkania i skierowała się w stronę łóżeczka. - To jakieś bzdury z tym niewidzeniem - rzuciła i z wielkiej torby niczym listonosz wyjęła śliczną pszczółkę. - Bzzzzy, bzzzzy, bzzzzy - Helenka ignorowała nie tylko obraz, ale i dźwięk - bzzzzzzy, bzzzzzzzyy, bzzzzzzzzzyyyy - Jana była bardzo uparta.

- Nie możesz wydawać dźwięków - uspokajałam ją.

- Dlaczego?

- Bo słuch ma prawidłowy.

Jana uśmiechnęła się i popatrzyła na Helenkę. Nagle przechyliła się w jedną stronę i bezgłośnie nie spuszczając małej z oczu zaczęła rytmicznie się kołysać. Patrzyłam na to jakiś czas, aż w końcu znudziłam się i wyszłam do kuchni zrobić kawę.

Po kilkunastu minutach usłyszałam radosny okrzyk Jany - Wodzi!  Wodzi!

Pobiegłam tam natychmiast i z wielką radością musiałam przyznać jej rację.

- A nie mówiłam, zawsze dostajemy od życia to, czego oczekujemy - powiedziała Jana zdejmując torbę z ramienia.

- Sugerujesz, że ja oczekuję najgorszego? - Jana jest starsza ode mnie tylko o 11 lat, ale ponieważ pełni w moim życiu rolę adoptowanej matki, czasem rozmawiam z nią jak zbuntowana nastolatka.

- W każdym razie nie oczekujesz najlepszego - odpowiedziała spokojnie jak gdyby moje pytanie nie było zaczepne.

 

- A stopy?

- Co stopy?

- Nie łapie się za stopy?

- Nie, a powinna? - bagatelizowałam lekceważącym tonem głosu poważną minę fizykoterapeutki.

- Proszę zakładać jej kolorowe skarpetki i pokazywać stopy - fizykoterapeutka ignorowała moje próby nie przejmowania się.

- Rozumiem, że pani ma duże doświadczenie - nie wygląda, czy na pewno, myślałam równolegle. Ile ona może mieć lat, 29? - Ale przecież nie wszystkie dzieci rozwijają się według tego samego szablonu. Na przykład Hela trzymała sztywno główkę, już kiedy miała 6 tygodni - powiedziałam z dumą.

- To za wcześnie - fizykoterapeutka nie patrzyła mi w oczy.

- Czyli główka za wcześnie, a stopy za późno?

- Tak.

- Ale dlaczego?

- Wzmożone napięcie w pasie barkowym oraz zmniejszone w pasie biodrowym. Spokojnie, to można rehabilitować - teraz fizykoterapeutka uśmiechnęła się ciepło.

Na wniosek pediatry zgłosiliśmy się z Helą na konsultacje. Prywatne, bo najbliższy termin w państwowej przychodni był za cztery i pół miesiąca.

- Proszę rozebrać małą, zaczynamy.

Już po minie Heleny poznałam, że nie jest zachwycona tym pomysłem. Miała dopiero trzy i pół miesiąca i jeszcze nie powinna bać się obcych, ale jej wzrok zdawał się mówić: mamo niech ta pani mnie nie dotyka. Nie myliłam się, już pierwsze próby dotknięcia jej przez tą sympatyczną z wyglądu drobna blondynkę napotkały na silny bunt.

- Czy inne dzieci też tak płaczą? - pytałam siedząc pod ścianą i obserwując wielkie łzy spływające po twarzy Heleny.

- Niektóre, ale taką histerię spotykam bardzo rzadko - mówiła głośno podnosząc prawe kolano Helenki w stronę jej lewego łokcia. - Tak to dzieci reagują na metodę Vojty, ale nie na NDT - wprowadzała mnie w tajniki rehabilitowania niemowląt.

Spojrzałam na Borsuka. Miał bardzo nieszczęśliwą minę.

Wstałam i podeszłam do stołu. - Może ją trochę uspokoję - zaproponowałam, ale fizykoterapeutka pomachała przecząco głową. - Spokojnie kochanie, pani chce ci tylko pomóc - starałam się dodać otuchy Helence. Patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem i zanosiła się od płaczu. Po raz pierwszy w jej płaczu nie było złości tylko żal.

 

- Więcej tam nie pójdziemy - Borsuk wyrzucił z siebie sekundę po tym jak Hela usnęła w foteliku samochodowym.

- A jeżeli to coś poważnego? Mózg w tym wieku jest bardzo plastyczny i te ćwiczenia mogą pomóc - chciałam przekonać również samą siebie, że warto narażać małą.

- Ja już nie wierzę specjalistom. Pamiętasz, co było z neurologiem?

- Pamiętam.

- Co ona sobie musi myśleć - ciągnął Borsuk - kiedy płacząc prosi nas o pomoc, a my siedzimy patrzymy i nie reagujemy.

- To prawda, ale dajmy jej jeszcze szansę. Może następnym razem będzie lepiej.

Nie było.

Po trzech spotkaniach Helena zaczęła płakać na widok każdej blondynki. Wtedy zrezygnowaliśmy.

 

Czy dobrze zrobiliśmy?

Mając sześć miesięcy Helena nadal nie podnosi nóg, a co za tym idzie nie wie, że ma stopy. Całymi dniami leży na plecach i obserwuje bacznie świat. Dzieci koleżanek przekręcają się na brzuch i z powrotem, siedzą, a nawet próbują raczkować. Za to Helena... potrafi sama jeść!

15:13, pocztaklary
Link Komentarze (18) »
niedziela, 01 marca 2009
29. Gówniany kierowca

- Czy mógłby pan łaskawie odjechać? - grzecznie zwróciłam się do faceta, który siedział w  terenowej toyocie i palił papierosa. - Zatarasował pan chodnik. Nie mogę przejechać wózkiem.

Facet udał, że mnie nie widzi. Zapukałam więc w szybę samochodu i poprosiłam bardziej dobitnie, ale on rozgłosił tylko muzykę i dalej mnie ignorował.

Znalazłam się w wyjątkowo niewygodnym położeniu. Helenka po ciężkich zmaganiach usnęła w końcu w wózku i wiedziałam, że jeżeli postoję jeszcze chwilkę, to na pewno się zbudzi. Spróbowałam objechać przeszkodę, ale nadjeżdżające z naprzeciwka z dużą prędkością samochody ostudziły mój zapał do wjeżdżania wózkiem na ulicę.

- Proszę odjechać! - teraz waliłam już pięścią w szybę. Z powodu nieprzespanej nocy trudno mi było opanować złość. - Bo wezwę policję! - krzyczałam.

Facet od niechcenia odsunął szybę i powiedział: - Wzywaj wariatko. Ja stoję zgodnie z przepisami. Półtora metra od ściany - i schował się za szybą.

Rzeczywiście, odległość była przepisowa, ale prawie całą przestrzeń chodnika zajmowały schody do kamienicy, na które nie dało się wjechać wózkiem.

Zgodnie z przewidywaniami Helena obudziła się i zaczęła narzekać.

No to pięknie. Teraz już na pewno nie uśnie - pomyślałam i poczułam, jak łzy bezradności cisną mi się do oczu. Odwróciłam wózek i już chciałam wracać do domu rezygnując ze spaceru po Łazienkach, kiedy uświadomiłam sobie, że tak zachowuje się zahukana kura domowa.

- O nie dupku! - powiedziałam pod nosem, a ręce zacisnęły mi się w pięści i już chciałam na siłę przepychać wózek rysując przy okazji ten bardzo drogi samochód, kiedy wpadłam na genialny pomysł!

Wróciłam do pobliskiego śmietnika, w którym dopiero co zostawiłam worek brudnych pieluch. Rozerwałam go i z zatkanym nosem wybrałam kilka najefektowniejszych kup Heleny. Szybkim krokiem wróciłam do tarasującej przejście super bryki i zgrabnym ruchem umieściłam za wycieraczką rozpostartą na oścież pieluchę. Żeby efekt był lepszy przesunęłam ją w gorę i w dół zostawiając na szybie piękne smugi.

Facet najwidoczniej też nie był wyspany, bo wpadł w furię. Wyskoczył z samochodu i chyba chciał mnie pobić, ale na szczęście trzymałam w ręku drugą brudną pieluchę, którą zamierzałam zawiesić na lusterku. Zobaczył ją i cofnął się jak wampir na widok krucyfiksu. Wsiadając do samochodu krzyczał coś, ale nie miał szans przekrzyczeć Heleny, która domagała się, bym ją wzięła ja na ręce. W końcu odjechał, a ja usatysfakcjonowana poszłam na słoneczny spacer po Łazienkach.

Od tamtej pory zawsze na spacer biorę ze sobą brudną pieluchę i zostawiam ją jak mandat za wycieraczką samochodu, który staje mi na drodze.

Drogie mamy, jeśli też macie ten problem, apeluję do Was, przyłączcie się do walki z gównianymi kierowcami. Jestem pewna, że brudnych pieluch Wam nie zabraknie :-) .

15:37, pocztaklary
Link Komentarze (58) »
niedziela, 22 lutego 2009
28. Z deszczu pod piłkę
- Mam dość! - powiedziałam wchodząc do kuchni. Byłam potargana, zaspana i miałam zawroty głowy. Dochodziła północ.

- Śpi? - zapytał troskliwie Borsuk.

- Śpi, ale strasznie mnie to już męczy.

Z miny Borsuka wnioskowałam, że nie rozumie moich żali.

- Może czterogodzinne wylegiwanie się w łóżku nie wygląda na męczące, ale wierz mi że jest.

- Wierzę ci.

Po sześciu miesiącach karmienie Helenki przed snem osiągnęło granicę absurdu. Tuż po kąpieli zaczynała głośno i dobitnie domagać się piersi i nic innego nie było w stanie jej zadowolić. Nawet duża porcja zapychającej kaszki na kolację nigdy nie zniechęciła jej do łapczywego ssania mleka. Kiedy po półgodzinnej sesji próbowałam delikatnie zabrać pierś, jak alarm w banku włączał się jej płacz. Każda kolejna próba oderwania jej od piersi wyglądała tak samo. Aż zmęczona tą walką o chwilę sam na sam z Borsukiem usypiałam.

- Helenka zrobiła sobie ze mnie żywy smoczek - skarżyłam się.

- Mówiłaś, że ci to nie przeszkadza.

- Bo nie przeszkadzało. Miło było sobie posłuchać powieści na mp3, albo się zdrzemnąć.

- No to co się zmieniło?

- Nie wiem. Może to przez rozmowy z innymi mamami. Zobacz, Zosia jest młodsza od Heli i usypia sama - dzieliłam się z Borsukiem informacjami o córeczce naszych sąsiadów.

- Umawialiśmy się, że nie będziemy Heli porównywać z innymi dziećmi - upominał mnie Borsuk.

- Ok. masz rację, ale nawet bez porównywania czuję, że to nie normalne. Od pół roku nie miałam nawet kilku wolnych minut, żeby zrobić pranie - w ciągu dnia Hela spała tylko przy piersi albo noszona w chuście.

- Przecież ja piorę, sprzątam i robię zakupy - Borsuk chyba próbował bronić Heleny. Rzeczywiście od kiedy się urodziła, wziął na siebie wszystkie domowe obowiązki.

- Kochanie, ale ja nie atakuję Heli - studziłam Borsuka. - Przecież ona robi to, na co my jej pozwalamy. Po za tym nie chodzi mi o to, żeby prać, tylko żeby zrobić coś innego niż opieka nad dzieckiem. Rozumiesz?

- Tak.

- Więc chcę zmiany i będę potrzebować twojej pomocy. Wchodzisz w to?

Borsuk kiwnął twierdząco głową.

Chwyciliśmy książki o usypianiu dzieci. Najbardziej liberalne podejście głosiło, że usypianie przy piersi jest naturalne a spanie z dzieckiem wręcz konieczne. Na drugim biegunie była metoda wypłakiwania się dziecka przed snem. Dziesiątki rodziców przysięgało, że po jednym koszmarnym wieczorze mieli już na zawsze spokój. Autorzy zalecali, żeby tego sądnego dnia zostawić dziecko samo w łóżeczku i włożyć sobie do uszu zatyczki. W innym wypadku po godzinie, czy dwóch przeraźliwego płaczu można się załamać i pójść utulić dziecko.

- Założę się, że Hela płakałaby do rana - przerwałam Borsukowi czytanie na głos. - A następnego dnia płakałaby znowu i tak codziennie, aż byśmy zwariowali.

- Przecież nigdy byśmy na to nie pozwolili. Tak z ręką na sercu, ile najdłużej pozwoliłaś jej płakać?

- Nie wiem. Może nawet pięć minut.

- Co ty!? Obserwuję cię. Nigdy nie płacze dłużej niż minutę.

- Może my mamy jakiś psychologiczny problem i nie potrafimy znieść płaczu dziecka. Może nasi rodzice zostawiali nas do wypłakania i tak w nas to utkwiło, że teraz utożsamiamy się z Helą. Chcemy sobie wynagrodzić trudne dzieciństwo.

Zległa cisza.

- Daj spokój - Borsuk zbagatelizował moje psychologizowanie. - Po co ma płakać, skoro nie musi. Zaczniemy ją frustrować jak podrośnie.

- Ciągle to powtarzasz, a ona już podrosła.

- No właśnie, dlatego czas na zmiany - powiedział Borsuk i otworzył kolejną książkę.

Tracy Hogg, jak się wydawało była pośrodku - zalecała uspakajanie dziecka na rękach, kiedy płacze oraz odkładanie do łóżeczka natychmiast jak się uspokoi.  Zgodziliśmy się, że ta metoda będzie najwłaściwsza.

W piątek wieczorem po półgodzinnym karmieniu stanowczo wstałam i odłożyłam małą do łóżeczka. Już po dwóch sekundach zanosiła się od płaczu. Powinniśmy ostrzec sąsiadów myślałam pochylając się nad nią. Wzięcie jej na ręce nie pomogło. Hela darła się jeszcze głośniej. Zaczęłam nerwowo szukać metod uspokojenia jej.

Chodzenie  po pokoju - nie działa.

Bujanie na rękach - nie działa.

Śpiewanie, a właściwie krzyczenie kołysanki - nie działa.

Smoczek - nie działa.

Kocyk, który Helena ssie w ciągu dnia - nie działa.

Podrzucanie - nie działa.

Minęło piętnaście minut, a mi nadal nie udało się jej uspokoić. Przyszedł Borsuk, ale kiedy wziął ją na ręce jej płacz zmienił się w histeryczne zawodzenie. Po kilku minutach wróciłam i zabrałam ją Borsukowi. Czy byliśmy jedynymi na świecie rodzicami, którzy stosowali metodę wypłakiwania się nosząc dziecko na rękach?

- Bez piersi się nie uspokoi - mówiłam głośno.

- Tak szybko się poddajemy? - Borsuk wszedł mi na ambicje.

Walczyłam dalej.

Mruczenie - nie działa.

Głaskanie - nie działa.

Poklepywanie - nie działa.

Całowanie - nie działa.

 Aż nagle... cisza! Borsuk przybiegł z drugiego pokoju i zrobił wielkie oczy. Siedziałam na dużej piłce do rehabilitacji i rytmicznie podskakiwałam tuląc śpiącą Helenkę.

spiace niemowle z internetu

22:29, pocztaklary
Link Komentarze (13) »
niedziela, 08 lutego 2009
27. Cztery godziny w raju

 

- Hela przesypia całą noc - przechwalałam się jedną ręką pchając wózek, a drugą podtrzymując ją w chuście przewieszonej przez ramię.

- I nie budzi się na karmienie? - dziwiła się Majka koleżanka, której syn urodził się dwa dni przed Helenką.

- Budzi. O ósmej rano - znów okazywałam wyższość.

- Ja w nocy karmię kilka razy, ale robię to na śpiocha, więc się wysypiam - ripostowała Maja.

Szłyśmy miarowo przez Łazienki. Julek syn Mai zawodził głośno w wózku, a Hela spała smacznie w chuście. Czułam, jak stróżki potu spływają mi po twarzy i brzuchu, a kręgosłup wygina się pod ciężarem Heli.

- Podziwiam cię, że ją tak nosisz - współczuła mi Maja. - Dobrze, że jest lekka, ja Julka już nie daję rady. Mogłaś nie brać wózka, byłoby ci lżej.

- Niby tak, ale każdego dnia mam nadzieję, że w końcu uda się jej usnąć w wózku.

Maja spojrzała na mnie z litością. Julek przestał w końcu płakać i usnął. Okrążałyśmy Łazienki już drugi raz. - A wieczorem też tak ją nosisz?

- No co ty! Usypia przy piersi, a potem przenoszę ją do łóżeczka i śpi już do rana.

- Czyli tylko na spacerach nie chce spać?

Nie odpowiedziałam.

- Bo Julek popłacze sobie trochę, tak jak teraz, ale w końcu usypia. Biorę go do łóżka dopiero w środku nocy.

Naprawdę? - dziwiłam się w myślach.

Po wspólnym spacerze i obiedzie w pobliskim „Maglu" pożegnałyśmy się.

Helenka przez chwilę podziwiała Dolny Mokotów, ale po kilku minutach zaczęła wyć niczym syrena. Weszłyśmy do Morskiego Oka, a jej płacz z każda minutą był coraz głośniejszy. Tuż przed wejściem pod górę przełożyłam ją do chusty i niczym pokutujący mnich, zaczęłam energiczną wspinaczkę. Hela natychmiast usnęła. Sapiąc i dysząc zadzwoniłam do Borsuka.

- Kochanie. Chyba robimy błąd.

- Jaki? - zajęty pracą Borsuk spytał od niechcenia.

- Z usypianiem Heli. Wiesz, że Julek wieczorem zasypia bez piersi. I w dodatku śpi na spacerach.

- To nie jest dowód na to, że my robimy błąd - Borsuk zachowywał zdrowy rozsądek.

- Ja się nawet wstydzę przyznać, że karmię ją przed snem przez cztery godziny. Jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś tak robił.

- A słyszałaś, żeby rodzice trzymiesięcznego dziecka nie zarwali żadnej nocy.

- Nie.

Musiałam przyznać, że od kiedy Hela się urodziła, zaczęłam się naprawdę wysypiać.

- No właśnie. Ty karmisz ją na zapas i dlatego nie musisz w nocy - pocieszał mnie Borsuk. - Dlaczego tak głośno oddychasz? - dłużej nie dało się już ignorować mojego sapania.

- Bo wnoszę pod górę pięciokilowego dzieciaka i pcham przed sobą nasz szpanerski dwudziestokilowy wózek.

- To zatrzymaj się na chwilę, usiądź na ławce, odpocznij - zakomenderował Borsuk.

Skorzystałam z jego rady. Po dziesięciu sekundach przyjemną ciszę rozdarł wrzask protestu. Jak na rozkaz wstałam i zaczęłam iść. Helenka z powrotem zasnęła.

- My jej chyba za bardzo ulegamy - ciągnęłam rozmowę z Borsukiem. - Przecież dziecko może czasem popłakać.

- No pewnie, że może.

- Ale Hela nie płacze prawie nigdy.

- To chyba dobrze. Skutecznie zaspakajamy jej potrzeby. Zaczniemy ją frustrować, jak przyjdzie czas.

- Wiem. Ale czy na pewno będziemy wiedzieli, że już przyszedł? - moje pytanie zawisło irytująco w powietrzu.

- A co mówi teoria? - Borsuk prosił o konsultację psychologiczną.

- Zależy która. Ta, z którą ja się zgadzam, mówi, że najpierw trzeba mieć raj, żeby móc go utracić.

- No widzisz.

Uspokoiłam się. Tak naprawdę lubiłam nosić Helenkę w chuście i lubiłam te wieczorne maratony karmienia piersią. Wiedziałam, że już nigdy nie będę z nią tak blisko. Może z nikim już nie będę tak blisko. Popatrzyłam na jej spokojną twarz. Uśmiechała się przez sen.
09:24, pocztaklary
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 19 stycznia 2009
26. Jak to nie ochrzcicie?
- Jak to nie ochrzcicie? - udając spokój zapytała moja matka.

- Zwyczajnie, nie wierzymy, wkurza nas Kościół i nie ochrzcimy.

- Będzie miała wam za złe. Zobaczysz - wieszczyła matka potrząsając grzechotką nad głową Heli.

- A czy ja mam ci za złe, że mnie ochrzciłaś?

- Pozbawisz ją białej sukienki na komunii - matka powiedziała z wyrzutem.

- Błagam cię, mamo! - jak na katechetkę to wyciągnęłaś zaskakująco płytki argument.

Po czterdziestce moja matka, córka zajadłego ateisty i komunisty postanowiła zmienić zawód i skończyła teologię. 

- Przecież zbywasz rozmowy o Bogu.

- Już się o nim nagadałam. Zresztą, jeszcze cię przekonam i jak wtedy będziesz uczyć dzieci wiary - po pięciu latach filozofii moja niechęć do dyskusji o Bogu nie wynika z braku argumentów, tylko z poczucia kręcenia się w kółko i niemożności poznania Boga.

- Ty też wierzysz, tylko tego nie zauważasz - wypaliła moja matka, żeby mnie zdenerwować.

- Skąd wiesz? Jezus dał ci dar czytania w cudzych myślach - odburknęłam.

- Wierzysz w rozum. Ciągle się powołujesz na badania naukowe.

- Bo jestem psychologiem. Po za tym zawsze zaznaczam, że to tylko pewna statystyczna wizja świata.

- A jednak wcielasz ją w życie, jak przykazania.

- Co masz na myśli?

- Na przykład nie pijesz alkoholu, bo karmisz piersią.

Tu się już naprawdę zdenerwowałam.

- A ty piłaś jak mnie karmiłaś? - zapytałam z wyrzutem.

- To nie o to chodzi - matka wymigała się od odpowiedzi. Skąd masz pewność, że alkohol naprawdę szkodzi dziecku?

- Pewności nie mam, ale skoro po wypiciu butelki wina mam ból głowy i inne objawy zatrucia, to stosując zasady logiki zakładam, że dziecku też szkodzi.

- A wiara w psychoanalizę? - matka uderzyła w czuły punkt. - To też wiara.

- To bardziej skomplikowane.

- Tak samo jak wiara w Boga i religia. Jedni idą się wyspowiadać psychoterapeucie a inni księdzu.

Trzeba przyznać, że nieźle wyszkolili moją matkę na tej teologii, zamiast bronić religii atakuje mój światopogląd.

- Rozumiem, że tak uważasz, ale pozwól, że ja zostanę przy swoim widzeniu świata - żeby już skończyć tę rozmowę użyłam sztuczki ze szkolenia z komunikacji.

- Ale przecież religia jej nie zaszkodzi - matka wróciła to głównego wątku. - Nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

- Mi zaszkodziła - powiedziałam spokojnie.

- W jaki sposób? - matka zapytała z niedowierzaniem.

- W drugiej klasie podstawówki siostra na religii powiedziała, że gorszenie to grzech. Bardzo wzięłam sobie to do serca. Postanowiłam, że już nigdy nic mnie nie zgorszy.

- Nie rozumiem. Jak to ciebie nie zgorszy?

- Tak ją zrozumiałam. Następnego dnia pojechaliśmy na imieniny do wujka Stefana, który właśnie wrócił z NRF-u. Podczas zabawy w chowanego znalazłam pod jego łóżkiem świerszczyki. Do dziś pamiętam dławienie w gardle , które poczułam, kiedy zajrzałam do jednego z nich.  Ze wstydu, a może i z powodu ginekologicznych zbliżeń zrobiło mi się strasznie niedobrze.

- Pamiętam. Myśleliśmy, że się zatrułaś. Cały wieczór spędziłaś potem w łazience.

- Z zapasem pisemek schowanych pod swetrem. Sparaliżowana wstydem, z piekącymi policzkami zaczęłam mozolny proces  oswajanie się z seksem oralnym, analnym i grupowym. W przerwach, które sobie robiłam, żeby złapać oddech, modliłam się do anioła stróża o siłę.

- O mój Boże! - matce włos zjeżył się na głowie. - Dlaczego nic nie powiedziałaś?

- Że przez kilka godzin studiowałam pornografię?

- Nie, że źle zrozumiałaś siostrę na religii.

- No przecież myślałam, że dobrze zrozumiałam. Zresztą, Luiza i Ania zrozumiały dokładnie tak samo.

- Opowiedziałaś im o swoim odkryciu?

- Lepiej. Ukradłam wujkowi jedno pisemko i w poniedziałek zabrałam je do szkoły.

Matka zaczęła się nerwowo śmiać.

- To był akt miłosierdzia, chciałam ustrzec koleżanki od grzechu. Wspólnie uradziłyśmy, że w czwartek pokażemy te zdjęcia na religii.

- I co?

- Wieść o świerszczyku pokazywanym pod schodami szybko się rozniosła po szkole. Już na trzeciej przerwie chłopaki z siódmej klasy przemocą zabrali nam pisemko. 

- No widzisz, jednak Bóg miał nad tobą pieczę - dziękczynnie zawtórowała matka. - Mówię ci, ochrzcij Helę, warto.

23:16, pocztaklary
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 12 stycznia 2009
25. Szatańska podpowiedź

Obudziłam się zaniepokojona. Spojrzałam na zegar była 6:06. I nagle uświadomiłam sobie, że na przewijaku leży naga Helena. O Boże! - pomyślałam. - W nocy na półprzytomna zapomniałam włożyć ją do łóżeczka!

- W mgnieniu oka chwyciłam ją i położyłam obok siebie. Była strasznie zimna, miałam wrażenie, że z ust leci jej para.

- Przepraszam córeczko - szeptałam jej do uszka i całowałam zimne rączki. - Nie wiem, jak to się stało.

- Znam jutrzejsze notowania giełdy - chrapliwy, tubalny i przerażający głos wydobył się z Heleny.

- Co? - moje poczucie winy zderzyło się gwałtownie ze strachem.

Obudziłam się.

Spojrzałam na zegar, była 6:06. Helena spała w swoim łóżeczku, a Borsuk głośno chrapał.

- Kochanie, obudź się - potrząsnęłam Borsukiem. - Musimy porozmawiać.

- A możemy rano?

- Już jest rano - mówiłam histerycznie.

Borsuk popatrzył na mnie. Widząc moje przerażenie usiadł, przytulił mnie i zapytał: Co znów ci się śniło?

- Nic! Ale musimy ochrzcić Helenę.

- Dlaczego?

- Żeby ją chronić przed szatanem.

Borsuk wybuchnął śmiechem.

- Ja nie żartuję.

- Twoim zdaniem szatan istnieje? To coś nowego.

- Śniło mi się, że nawiedził Helę.

Borsuk znów się roześmiał.

- Przestań. To było bardzo realistyczne. Ochrzcijmy ją.

- Przecież nie jesteśmy katolikami.

- Ale byliśmy. Po za tym wszyscy chrzczą, nawet niekatolicy.

- Mieszczańska hipokryzja - skwitował Borsuk.

- Może dla dobra dziecka warto trochę odstąpić od zasad.

- Dla dobra?

- Wyobraź sobie taką scenę - zaczęłam snuć wizję. - Wszystkie dzieci w przedszkolu siedzą wokół zakonnicy i słuchają opowieści o Jezusie, a w tym czasie Helena bawi się sama w kąciku dla lalek. Wykluczona.

- Przecież może chodzić na religię.

- Jak ma chodzić na religię, to dlaczego jej nie ochrzcić?

- Dla zasady.

- Czyli dlatego, żebyś ty się dobrze czuł?

- Nie. Dlatego, żeby pokazać dziecku, że dla wygody nie zmienia się poglądów.

- Pięknoduch - powiedziałam z wyrzutem. - Tylko, że to Hela będzie musiała sobie radzić z konsekwencjami. Z dokuczaniem, wyśmiewaniem, innością.

- Będziemy ją wspierać.

- Błagam cię. Jest tyle innych trudności, w których będzie potrzebować naszego wsparcia.

- Ok. Jeżeli brak chrztu będzie takim problemem, to ją ochrzcimy, ale póki co nie ma takiej potrzeby - Borsuk jak zwykle szukał ugody.

- A jak szatan istnieje i ją nawiedzi?

- Przecież ten sen to nie szatan tylko twoja podświadomość.

Słowo podświadomość skierowało moje myślenie na inne tory. Czyż ludzie nie wymyślili szatana, żeby poradzić sobie ze skłonnością do ulegania popędom? Zło, którego w sobie nie akceptujemy najłatwiej jest przystroić w rogi i wyrzucić poza siebie. A ponieważ póki co jedynym sensem istnienia Heleny jest uleganie popędom, dlatego we śnie mówiła głosem szatana.

- Masz rację - powiedziałam otrzeźwiona. - Ten sen, to komunikat od mojej podświadomości.

Borsuk odetchnął i nakrył się kołdrą.

Następnego dnia na warszawskiej giełdzie nastąpił krach.

23:40, pocztaklary
Link Komentarze (8) »
niedziela, 28 grudnia 2008
24. Pieprzna historia
- Halo... halo... tu dziadek - odebrałam telefon, bo wibrował uparcie od dziesięciu minut.

- Wiem dziadku, widziałam na wyświetlaczu.

- Jak się masz? Dobrze? Słyszałem, że bardzo mała ta twoja Halina.

- Helena.

- Słucham? - dziadek służył kiedyś w lotnictwie i silniki samolotów przytępiły mu słuch.  On jednak nie przyjął tego do wiadomości i udaje, że słyszy. - Jakieś zakłócenia są na linii - dodał szybko.

- Mówię, że Helena nie Halina.

- A co ja powiedziałem?

- Halina.

- Niemożliwe.

- A jak ty się czujesz? - zapytałam, bo dziadek ma 78 lat i mieszka sam.

- Ja, po japońsku.

- Słucham?

- „Jakotako" - po japońsku.

- Rozumiem - poczułam się jak wapniak, który rozmawia z używającym slangu nastolatkiem.

- A u was jak, względnie? Macie co jeść? Bo ja mam dla ciebie szynkę. Kiedy mogę ją przywieźć? - dziadek jakby recytował telegram.

- Ale ja mam co jeść - odpowiedziałam, chociaż wiedziałam, że tłumaczenia są tutaj bezcelowe.

- Szynka pierwsza klasa - ze sklepiku osiedlowego, a nie supermarketu - dziadek jest i zawsze był komunistą, obecnie uważa się za działacza opozycji i w ramach ruchu oporu „nie dorabia kapitalistów".  - To przyjadę za godzinę. Mieszkacie tam gdzie ostatnio?

- Tak - powiedziałam odruchowo, ale w słuchawce dźwięczała już głucha cisza.

Dokładnie sześćdziesiąt minut później dziadek stał w naszych drzwiach. 

- Dziadku, jaki jesteś elegancki! - powiedziałam prawdziwie zaskoczona jego torbę w stylu bardzo modnego geja.

Dziadek popatrzył na mnie, zastanowił się i powiedział: - Przepraszam na chwilę - nachylił się, wyciągnął z torby małe pudełeczko i - jakby robił coś wstydliwego - założył sobie aparat słuchowy.

- No to powiedz jeszcze raz, bo byłem skupiony na czym innym  - stanął przede mną wyprostowany i dumny.

- Mówię, że masz fajną torbę.

- Na laptopa.

- To ty masz laptopa?

- Nie, ale torba ładna to kupiłem. I spodnie też nowe - obrócił się niczym model.

- Levisy?  - zapytałam zaskoczono czerwoną wszywką, która mignęła mi podczas prezentacji.

Dziadek uśmiechnął się do siebie. - Sprzedawczyni mówiła, że wnuki poznają się na firmie.  A dla mnie ważne, że kantów nie trzeba prasować.

- Ale gdzie ty je kupiłeś?

- Wiesz, u nas na Żoliborzu jest taki sklep. Wszystko tam mają. Na rondzie Babka. Jeżdżę tam, jak mam zły nastój.

- Mówisz o Arkadii? Największym centrum handlowym w mieście? - zapytałam lekko ironicznie.

- Tak, byłaś tam?

- No byłam. Jaskinia kapitalizmu - już miałam nadzieję, że w odwiecznej naszej z dziadkiem dyskusji o przewadze kapitalizmu nad komunizmem przyzna mi w końcu rację, ale dziadek...

 - To gdzie ta moja prawnuczka? - zmienił temat.

- Halinko , tiu tiu tiu - pogłaskał małą po policzku. Przez długie pięć sekund był nią wyraźnie zafascynowany, ale gdy Hela zaczęła płakać, zapomniał o niej i przeszedł do swojego stałego monologu: - Opowiadałem ci już o moim sąsiedzie z piętra niżej? Wyobraź sobie, że produkuje narkotyki. Zgłaszałem to już na milicję, to znaczy policję, ale mi nie uwierzyli. ..

Spojrzałam porozumiewawczo na Borsuka i oddałam mu Helenkę. Borsuk przytulił ją i szepcząc jej coś do ucha poszedł do sypialni. Dziadek nawet tego nie zauważył, ciągnął gładko swoją historię: - Budzę się rano, a tam pełno dymu.

- Dymu? - otrząsnęłam się z letargu, w który standardowo wpadam słuchając dziadka.

- No dymu. Białego, kłębiącego się dymu.

- Skąd się wziął? - rozpoczęłam śledztwo.

- Z wywietrzników w kuchni i łazience. Przedostał się od tego sąsiada, co produkuje narkotyki - odpowiedział zirytowany dziadek. -  Cały czas z nim walczę, ale on wszystkich przekupił.

To wyznanie bardzo mnie zdenerwowało. Nie bałam się kartelu narkotykowego z Żoliborza, tylko białego dymu. Z praktyk w psychiatryku wiedziałam, że urojenie z białym dymem zapowiada często schizofrenię.

- No i co zrobiłeś?

- Zamontowałem elektryczne wywietrzniki.

- I dym zniknął? - pytałam pobłażliwie, jak się pyta chorego, żeby go nie zdenerwować.

- No tak, one go nie wpuszczają.

- Dymu? - zapytałam, żeby upewnić się że łapię ideę.

- No dymu, dymu - dziadek nie od dziś miał mnie za lekko upośledzoną. W jego świecie wartość stanowiły tylko osoby uzdolnione matematycznie. 

- Czyli masz kłopot z głowy, tak? - próbowałam się uspokoić.

- Niby tak, ale..

- Ale?

- Musiałem się zemścić.

- Już się boję - powiedziałam pod nosem.

- Przyczaiłem się i czekałem aż sąsiad wejdzie do swojej łazienki. Wszedłem na sedes i zawołałem go przez wywietrznik. Kiedy usłyszałem, że zagląda do wywietrznika, rozpyliłem pieprz.

- Co!?

- Pieprz - całą torebkę. Ależ krzyczał! - dziadek trząsł się ze śmiechu - No boki zrywać.

Jego śmiech był tak zaraźliwy, że też się roześmiałam. - Ale skąd wiedziałeś, że  zagląda do wywietrznika?

- Usłyszałem.

- Usłyszałeś? - powiedziałam z niedowierzaniem, ale po chwili odpuściłam śledztwo  - i śmiałam razem z dziadkiem.

- No a co u was? Jak się chowa prawnuczka? Macie co jeść? Bo przyniosłem szynkę - dziadek zanurzył zaplamioną starością rękę w designerskiej torbie i wyciągnął z niej mokre zawiniątko.  - Zamroziłem, żeby była świeża.

13:42, pocztaklary
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 08 grudnia 2008
23. Moja lewa pierś
Booorsuuuuk woda! - leżąc bezczynnie z przyssaną do piersi Heleną czułam się jak wyrzucona na brzeg Bałtyku foka. - Fuj! Jak ja nie cierpię kranówy - klęłam na Borsuka, który w mgnieniu oka przyniósł mi pełną szklankę.

- Co ty, to źródlana z atestem Instytutu Matki i Dziecka.

- Taaak. Atest kosztuje 40 tysięcy rocznie, to zwykłe H2O ochrzczone przez speca od marketingu.

- Że też w tym niewyspaniu, bolącym szwie i ciągłym karmieniu masz siłę na takie wynurzenia - zdziwił się Borsuk popijając odrzuconą przeze mnie wodę. 

 - Poproszę gazowaną.

- A, o to ci chodziło. Matce karmiącej nie wolno - Borsuk wstał i rozłożył deskę do prasowania

- Ale dlaczego, czy bąbelki z wody przechodzą do pokarmu?

- Nie wiem, ale musi być jakiś powód skoro zalecają niegazowaną - napotkałam na ścianę.

Borsuk wlał resztkę wzgardzonej wody do żelazka i zaczął prasować leżące na stosie ubranka Heli

- Gazowanej nie ma. Jak się zdecydujesz na niegazowaną, to daj znać.

- Dobra, niech będzie delikatnie gazowana - negocjowałam dalej.

Borsuk spojrzał na mnie z pobłażliwym uśmiechem i poszedł po wodę.

 

milk

 

 

- Booorsuk! Chyba cycek mi się psuje od tego ssania. Strasznie boli.

- No, to smaruj bepantenem.

- Nie boli tak jak wcześniej z poranienia tylko inaczej jakby chciał wybuchnąć.

- Może zator się zrobił - Borsuk przerwał prasowanie i podszedł do mnie na palcach, żeby nie zbudzić śpiącej przy piersi Heleny. Trącił pierś jednym palcem i orzekł - oczywiście, że zator. 

Spojrzałam na pierś. Na samym szczycie powstało zgrubienie, zupełnie jakby ktoś wszył mi pod skórą agrest. - O rety, jak to okropnie wygląda - podniosłam się niespodziewanie i zbudziłam Helę, która niczym kret szukała po omacku piersi.

- Słonko, mamy awarię w mleczarni, musisz poczekać - czule wyszeptałam do Heli, która w ułamku sekundy włączyła syrenę alarmową.

- Ale dlaczego Hela tego nie ściąga, przecież ssie już dobre 40 minut? - podniosłam głos, żeby przebić się przez wrzask, który szczelnie wypełnił pokój.

- Przyłóż ją do góry nogami, może się uda - zaproponował Borsuk.

- Jak do góry nogami?! - krzyczałam.

Borsuk nerwowo podniósł Helę, która prawie mieściła mu się na dłoni i położył mi na piersiach tak, że jej stopy znalazły się przy moich ustach. Mała, mimo że leżała na brzuchu, kompletnie nie zauważyła wyjątkowości sytuacji, podniosła wysoko głowę i zassała pierś. 

- Lepiej? - Borsuk prasował dalej, ale cały czas zerkał w naszą stronę.

- Chyba nie - powiedziałam nieśmiało, bo właśnie wymacałam kolejny guzek.

Po 10 minutach Hela porzuciła ssanie i usnęła wtulona w pierś. Borsuk zabrał ją sprawnie i odłożył do łóżeczka.

- Zróbmy coś z tym zatorem, bo czuję jakby pierś miała mi eksplodować.

- Może laktator?

Laktator był elektryczny. Drogi i bardzo profesjonalny.

- Ał, ał, boli - syczałam. - Nic nie leci.

- Bądź cierpliwa.

Po pięciu minutach bez kropli mleka Borsukowi też zabrakło cierpliwości.

- Chyba jest zepsuty.

- No właśnie - przytaknęłam.

Borsuk zabrał się za reperowanie laktatora, a ja szukałam pomocy w internecie.

- Kochanie, piszą, żeby włożyć pierś na kilka minut do ciepłej wody i dopiero potem przystawić laktator.

- No to ty namocz pierś, a ja zreperuję laktator - rzucił Borsuk i wrócił do studiowania laktatora. 

Zanurzyć pierś - powtarzałam sobie w myślach nalewając ciepłą wodę do umywalki. Nachyliłam się, ale okazało się, że umywalka jest za płytka i woda nie sięga do guzków. Poszłam do kuchni, wyciągnęłam najwyższą miskę, ale też była za płytka. Zrezygnowana usiadłam na podłodze, łzy napływały mi do oczu. I wtedy kątem oka dostrzegłam blender. W wysokim dzbanku, który dawniej służył nam do przygotowywania wymyślnych drinków, pierś na pewno zanurzy się w całości - myślałam.

- Co ty robisz? - Borsuk osłupiał widząc mnie zgiętą wpół z cyckiem w blenderze.

- Namaczam - odpowiedziałam bardzo poważnie, a Borsuk udał, że rozumie. 

- Laktator nie działa, bo nie ma gumowego zaworka - wydał diagnozę próbując pokazać mi swoje odkrycie. - Pewnie jest w pudełku, gdzie je masz?

- Wyrzuciłam.

- Jak to wyrzuciłaś?

- Normalnie do śmieci, a po co mi pudełko po laktatorze? – mówiłam cały czas trzymając pierś w szklanym dzbanku.

 - No to pięknie - Borsuk zrezygnowany usiadł u moich stóp. - A co pisali w internecie, jest jakaś inna metoda?

- Liście kapuściane, ale nie zawsze działają. Zresztą, gdzie je kupić o północy.

- Mogę pojechać do całodobowego supermarketu - zaproponował Borsuk, który nienawidzi bezradności.

- Nie trzeba, lepiej obudzę Helenę.

- No co ty! - oburzył się Borsuk. - Jeśli nie będzie chciała jeść, to już jej dziś nie uśpimy, a tak pośpi do rana.

- Laska pisała na forum, że mąż jej pomógł.

- Jak?

- Pociągnął mocno i zator puścił

- O nie. Nie ma mowy! - już wiedziałam, że Borsuk zaparł się rękoma i nogami.

- Przecież nie raz miałeś w ustach moje piersi.

- I jeszcze nie raz chciałbym mieć, dlatego kategorycznie odmawiam.

- Proszę, pociągniesz tylko raz, a potem wszystko wyplujesz.

- Nie! - Borsuk założył rękę na rękę i zamknął się w łazience.

Cóż było robić. Wyciągnęłam pierś z blendera, wzięłam ją do ust i z całej siły pociągnęłam.

23:42, pocztaklary
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2