RSS
czwartek, 21 października 2010
56. Filozofia dwulatka

Mama kreska, tata kreska i „dziekso” kreska – mówi Hela oglądając ze mną wzór na tapecie.

Mama, tata i „dziekso” - życiowa filozofia dwulatka. Kod według którego należy czytać świat.

- Mamo powiedz, kto teraz mieszka w Heli domu?

- To jest twój stary dom. Teraz będziesz miała nowy, na razie nikt w nim nie mieszka.

- Mamo! Heli nie o to chodzi! Powiedz, kto mieszka w starym domu Heli.

- Pan Kuba z Panią Anią.

- Mamo, ale oni nie mają „dzieksa”.

- Nie mają.

- To gdzie jest ich „dziekso”?

- Jeszcze się nie urodziło.

- Pani Ania ma je w brzuchu?

- Nie wiem kochanie. Myślę, że jeszcze nie ma.

- To gdzie jest ich dziekso?

- Jeszcze go nie ma.

- Co to znaczy nie ma? Dlaczego nie ma?

Pójść za tą filozoficzną zadumą, czy zmienić temat?

- Nie wszyscy ludzie mają dzieci – jednak zmieniam.

- Dlaczego, nie mają?

- Na przykład są za młodzi. Sami jeszcze są dziećmi.

- Mamo, a gdzie jest mama pana Kuby i pani Ani?

- Nie wiem.

- Dlaczego z nimi nie mieszka?

- Bo są już za duzi na mieszkanie z mamą.

Hela się zasępia. Wyraźnie nie rozumie. W jej świecie albo się mieszka z mamą, albo się jest mamą.

 

Na czas zawieszania między starym i nowym domem zamieszkaliśmy z ciocią Karoliną. Na co dzień ciocia Karolina mieszka z psem Tosią.

- Mamo Tosia ma łapy, a ciocia nie – Hela zagaduje mnie w trakcie wieczornej toalety.

- Bo Tosia jest psem, a ciocia człowiekiem.

- Dlaczego ciocia ma dziekso psa?

- Tosia nie jest dzieckiem cioci.

- A czym jest?

- Jest psem cioci.

- A gdzie jest mama i tata psa.

- Nie wiem kochanie. Teraz już pora spać. Przeczytajmy książkę.

- Hela sama przeczyta o mamie, tacie i Kamyczku.

Hela otwiera książkę, opowiada co widzi na ilustracji i mówi: Mamo czytaj literki, bo ja umiem czytać tylko co jest na obrazku.

Kilka dni później Hela łapie katar. Chcąc utrzymać ją w łóżku puszczam jej co jakiś czas filmy przyrodnicze. Jeden z nich opowiada o słoniach. Leniwa akcja filmu wydaje się odpowiednia dla dwulatka, aż nagle stado słoni znajduje ciało zabitego przez kłusowników kolegi. Słonie są wyraźnie zdenerwowane i smutne.

- Mamo, dlaczego ten słoń leży?

- Może się zmęczył i odpoczywa.

- To dlaczego się nie rusza?

- Może śpi.

- Mamo, nie śpi. Ma otwarte oczy.

Czubówna opowiada o żalu słoni po stracie. Nie chcę okłamywać Heli, ale wydaje mi się, że jest za mała, żeby odkryć przed nią największy lęk z jakim musimy zmagać się w życiu.

- Mamo on nie żyje.

- Skąd wiesz?

- Pani powiedziała. Co to znaczy nie żyje?

Jestem wygadana i przemądrzała. Borsuk twierdzi nawet, że mam zdanie na każdy temat i rzadko brakuje mi słów, ale w tej chwili całą sobą rozumiem powiedzonko zapomnieć języka w gębie.

- Maamoo jak ten słoń nie żyje?

- Cisza…

- Gdzie on nie żyje?

-Cisza

- Czym on nie żyje?

- Widzisz kochanie wszystko ma swój początek i koniec. Życie tego słonia się skończyło.

- Maamoo co to jest życie?

- Mówiąc najprościej życie to określony czas.

- Mamo czas to zegar?

- Zegar odmierza czas. Czas płynie i nie można go zatrzymać, można go tylko zmierzyć.

- A czas żyje?

- Nie. Żyją tylko istoty żywe.

- Jakie żywe?

- No ludzie, rośliny, zwierzęta.

- A moi ludzie żyją? (ludziki z lego i play mobile, którymi Hela się bawi)

- Jak sobie wyobrazisz, że żyją to wtedy żyją.

- A ja żyję?

- Ty żyjesz.

I tak się zaczęło. Przez najbliższych kilka dni codziennie słyszałam: A moja bluzka żyje? , A piórko żyje? A Nusia (bohaterka książki) żyje? A syrenka warszawska żyje? A woda żyje? A mleko żyje? A katar żyje?

Co prawda studiowałam kiedyś filozofię i nawet pamiętam specyfikę istot żywych, ale co z tego zrozumie dwulatka. Zresztą nawet filozofowie nie doszli do porozumienia czy wirusy są żywe, więc pytanie o katar jest podchwytliwe.

Aż pewnego dnia, z głupia franc, w trakcie robienia siku, Hela mnie woła i pyta: mama, a gdzie poszedł ten słoń co nie żyje?

- Nie wiem kochanie.

- A tata wie?

- Nie wie. Nikt nie wie.

- Dlaczego nie wie?

- Tak w życiu jest, że nie wszystko się wie.

Minęło kilka dni, a Hela jakby nie pamiętając tamtej rozmowy, znów pyta: co się stało z tym słoniem, co nie żyje?

- Nie wiem kochanie.

- Cały czas tam leży?

Że też zachciało mi się pokazywać Heli afrykańską przyrodę. Nie bez powodu mówią, że telewizja nie jest dla dzieci. Wiem, że do póki nie dam Heli satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie, co było na początku i co jest na końcu nie da mi spokoju. Wacham się nawet czy nie weprzeć się niebem. Skoro opowiadam jej bajki o wilkach to dlaczego nie o aniołach. Jak wymyślę co jej powiedzieć na pewno się pozdzielę.

16:55, pocztaklary
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 11 października 2010
55. Szesnasty element

- Maamoo! przyjdź tu do Heli! Maamoo! Przyjdź.

- Słucham? – rzucam robienie kolacji i biegnę do Heli.

- Maamoo usiądź tu i „paprz”.

- Ale ja robię kolację.

- Mamo, ale ja chcę żebyś tu była.

- Musisz wybierać albo kolacja, albo zabawa z mamą.

- Maamoo, ale ja nie chcę wybierać. Chcę kolację i żeby mama tu była

Wybucham śmiechem.

- No dobrze, co mam robić?

- „Paprzeć”.

- I nie mogę się z tobą bawić?

- Niiee mamo, tylko „paprzeć”. To są Heli zabawki

- To może pobawię się tylko ciocią Kasią.

- Nie! Nie! Nie! Zostaw mamo! to Heli jest – mówiąc to tupie szybko nogami.

Robi mi się przykro. Taka sytuacja powtarza się wielokrotnie i zaczynam się niepokoić, że Hela nie potrafi bawić się z innymi.

Za to sama bawi się do upadłego. Pierwsze co mówi po obudzeniu to: „Gdzie są moi ludzie?”

Ma szesnaście ludzików. Wiem bo ciągle je liczy. A jak nie liczy to wymienia z imienia. I tak ma: Pana Bolesława (operatora koparki), Pana Serka (kierowcę autobusu), panią Genię (terapeutkę), ciocię Kasię i Karolinkę (prawdziwe ciocie), babcię, dziadka, mamę, tatę, Helę i jej brata Jasia, koleżankę Elę i  koleżankę Tolę oraz Basię (kelnerkę) do tego są jeszcze dwie dzidzie w wózeczkach Zosia i po prostu dzidzia.

Organizowanie życia 16 osób jest bardzo czasochłonne. Zwłaszcza, że każda z osób ma swojego zwierzaka. Na przykład Hela ma geparda, dziadek hipopotama, a tata rzecz jasna słonia. Ja zostałam obdarowana tygrysem.  Od kilku dni wszyscy ludzie zostali uwięzieni w teatrze. Najpierw stoją w kolejce po bilety. Potem siedzą w kolejce po bilety, bo się męczą tym staniem. W tym czasie  Hela z pomocą pana Bolesława buduje im scenę, widownię, a nawet lodziarnię. Za budulec służy jej wszystko począwszy od klocków lego, a na kasztanach skończywszy. Ludzie dzielą się na aktorów i widownię. Aktorzy wciągają na głowy małe pacynki z Ikea i wychodzą na scenę. Widownia klaszcze.

- Maamoo? Jak zrobić żeby fotele się składały i rozkładały?

- Słucham?

- W teatrze się składają. A moje nie chcą.

- Acha. Trzeba to sobie wyobrazić.

- Dobrze mamo.

W przerwie wszyscy ludzie idą do lodziarni. Basia (kelnerka i „sprzedawnica”) każdemu z ludzi proponuje lody. Mówi: są śmietankowe, malinowe, czekoladowe, ananasowe, wigronowe itd.). Potem klient wybiera jeden smak i płaci. Hela nabija kwotę na pilota od telewizora, a człowiek wbija pin na pilota od DVD.  I tak piętnaście razy.  Po przedstawieniu wszyscy idą spać ze swoimi zwierzętami.

Zanim utknęli w teatrze przez kilka dni pływali w łodzi zrobionej z kuchennej miski. Wcześniej całe dnie spędzali w kawiarniach, lodziarniach i restauracjach. Czasem wybiorą się też na wycieczkę autobusem lub na wakacje do „fotelu” (czyli Hotelu). Przed wyjazdem na wakacje Hela pakuje zrobioną z mojej kosmetyczki walizkę i ciągnie ją za sobą po całym mieszkaniu.

- Hela chodź idziemy na spacer.

- Nie mogę mamo jestem zajęta ludźmi.

- Pobawisz się jak wrócisz.

- Nie mamo, nie chcę. Wolę zostać z ludźmi.

- No to może ich zabierzemy. Pokażemy im trochę świata – mówię i czuję, że pożałuję tej propozycji.

Hela biegnie do kuchni wyciąga z szuflady torebkę foliową i zaczyna pakować: ludzi, zwierzęta, wózki, krzesła, stół, kubki  i itd. Po chwili stoi przygarbiona ciężarem pakunku przy drzwiach. Wygląda jak handlara ze stadionu.

- Kochanie, a może weźmiesz kilku ludzi i spakujesz ich do swojej małej torebki.

- Nie, maamoo oni muszą być w foliówce (skąd wzięło słowo foliówka?).

- Dlaczego?

- Bo wtedy widzą świat.

Winnikott powiedział kiedyś, że zabawa to objaw zdrowia dzieci, ale dlaczego nie mogę dotknąć żadnego z ludzi? Dlaczego z jednej strony Hela domaga się mojego towarzystwa, a z drugiej nie pozwala mi się włączyć? Dlaczego buduje wokół ludzi ogrodzenia, płotki, linie, których nie wolno mi przekraczać? Jaka tajemnica tkwi w tej szesnastce.

Pewnego dnia Hela daje mi wskazówkę.

- Mamo proszę „popaprz” na moich ludzi.

- Hela nie chcę mi się. Nudzę się tak bezczynnie siedzieć.

- Mamo nie musisz siedzieć, masz tylko „paprzeć”.

- Hela, ale dlaczego nie mogę się z tobą bawić?

- Bo to moi ludzie. Nie chce żebyś mamo coś zmieniała.

- A dlaczego mam patrzeć?

- Żeby ci się podobało.

O Boże moje dziecko opuszcza moje granice. Scala się, jako złożona z szesnastu różnorodnych elementów istota, a ja mogę na to tylko patrzeć. Nic już nie mogę zmienić. Nie mam do tego prawa. Budowane przez nią granice z kasztanów, płotków, nitek  krzyczą: to mój wewnętrzny świat, zobacz go i zaakceptuj, zachwyć się nim, ale nic nie zmieniaj. Nadeszła, znana jako bunt trzylatka, indywiduacja.

- Rozumiem kochanie, ludzie to twój wewnętrzny świat. Chcesz żebym go widziała. Masz pełne prawo mieć swój świat i ja nie mam prawa pchać się tam z łapami.

- Maamoo, przecież ty nie masz łap. Ty masz dłonie.

- No właśnie z dłońmi.

Atmosfera tak się poprawia, że brakuje już tylko tęczy.

- Mamo? To ja zbuduję tu dla ciebie drzwi – mówi Hela i rozsuwa kasztany.  – Tata też się zmieści.

12:59, pocztaklary
Link Komentarze (9) »
sobota, 07 sierpnia 2010
54. Twórczość Heli

Ze względu na rewolucję w naszym życiu i ograniczony dostęp do internetu  - w tym tygodniu za wpis odpowiada Hela. Wrzucam kilka jej prac plastycznych z ostatniego roku.

 

autoportret, głowonogi, twórczość dwulatka, rysunek

1. Autoportret Heli

autoportret, głowonogi, twórczość dwulatka, rysunek

2. Autoportret Heli 2

drzewo nad rzeką, rysunek dwulatka, malunek

3. Drzewo nad rzeką

rysunek dwulatki, wieloryb

4. wieloryb

malunek dwulatki, ważka

5. ważka

malunek dwulatka, słońce, chmurka, trawa

6. słońce na łące

malunek dwulatka, tata,twarz taty

7 tata

rysunek dwulatki, hela i słońce

8 Słońce i Hela

mięcho na talerzu

9 Mięcho na talerzu

mama

10 Mama

królik, malunek dwulatki, malunek Heli

11 Królik

las, rysunek, dwulatek

12 las

rysunek, obrazek, dwa lata

13 dziewczynka (ta czarna) idzie na zjeżdzalnię (ta niebieska)

grzybek, kolory, Hela, malunek, obrazek

14 grzybek

15 bez tytułu

17:41, pocztaklary
Link Komentarze (14) »
wtorek, 27 lipca 2010
53. Głodzić czy nie

- Kochanie przymierz garnitur – krzyczę do Borsuka, który spieszy się do pracy.

- Jutro  - słyszę po raz trzeci w tym tygodniu.

Borsuk ma jeden garnitur. Założył go raz w życiu. I wcale nie na nasz ślub, bo na nasz przyszedł w t-shircie z napisem just married.

- A jeśli jest za mały?

- To wciągnę brzuch.

Wchodzę do sypialni i widzę, że Borsuk prasuje pościel Heli.

- Dlaczego to prasujesz?

- A tak, przy okazji swoich ubrań wpadła mi w ręce pościel.

- Myślałam, że się spieszysz – mówię urażonym tonem.

Jestem wściekła. Ta wyprasowana pościel parzy mnie jak żelazko. Wiem, że to poczucie winy. Wiem, że wynika z głęboko zakorzenionego podziału ról, którego świadomie nie akceptuję. Wiem, że Borsuk przystał na nieprasowanie z miłości do mnie. Ale nadal nie mogę przestać się złościć, że wyprasował te cholerną pościel.

- Nie złość się, pomyślałem, że miło będzie Heli spać w wyprasowanej…

- Sugerujesz, że uprzykrzam jej życie?

- Nie. Mogę ją pognieść jak chcesz – Borsuk rzuca się w stronę ułożonej w idealną kostkę pościeli w żaby.

- Zwariowałeś?! Lepiej już idź.

 

- Przymierz garnitur! – krzyczę do Borsuka, który szoruje balkon.

- Nie mogę mam brudne ręce.

Siadam na schodku obok balkonu i spokojnym głosem pytam.

- Czego się boisz?

- O co ci chodzi? – Borsuk nie odrywa się od szorowania.

- Sprzątasz. Odkurzasz. Prasujesz.

- A ciebie to wkurza – Borsuk filmowo ociera czoło.

- Strasznie. Albo to zawiść, że jesteś lepszą gospodynią domową, albo czuję podświadomie, że coś się pod tym ukrywa.

- I oczywiście stawiasz na to drugie.

- Oczywiście.

- Słuchaj gdybym wiedział o co chodzi pewnie bym nie musiał szorować balkonu.

- Jeśli chcesz się dowiedzieć to zostaw tą szczotę.

- Teraz?

- Teraz.

- Ale jestem w połowie.

- No właśnie. Czy stać cię na to żeby zostawić w połowie nieumyty balkon?

Borsuk na poważnie szacuje swoje siły.

- Dobra. Rzucam to.

Wchodzimy do środka. Hela jest zaniepokojona

- Tata i mama gadają i gadają, a Hela nie gada – mówi do nas z wyrzutem.

Borsuk myje ręce i przymierza garnitur.  Wciąga brzuch – niestety nawet ten zabieg nie pomaga. Garnitur jest za mały.

- I co teraz zrobimy?

- No chyba nie jedziemy.

- Zwariowałeś?! Przecież już potwierdziliśmy, że będziemy. Kupiliśmy prezent ślubny. Zarezerwowaliśmy nocleg.

- No ale przecież nie pójdę w jeansach na ślub i wesele.

Zalewa mnie fala bezsilności i złości.

- Gdybyś przymierzył garnitur tydzień wcześniej moglibyśmy coś zrobić, a tak jest za późno.

- Trudno – Borsuk odpowiada jak urażone dziecko.

Teraz już wiem skąd ta obsesja czystości. Sprzątanie odwraca uwagę Borsuka od faktu, że przytył. A pozostawienie tego na ostania chwilę sprawia, że współodczuwam z nim bezsilność.

- Nie wiedziałam, że tak przytyłeś.

- Ja też nie.

- To dziwne, bo jemy tyle samo.

- Tylko ty nie tyjesz.

- No właśnie. Dlaczego?

- Hela ma pusty brzuch. Hela chce jeść – słyszymy w odpowiedzi głos Heli.

Czy za skłonność do tycia odpowiadają geny?  A jeśli tak to czy Hela odziedziczyła je po mnie czy po Borsuku? Nigdy nie zapomnę pierwszego kontaktu z Helą kiedy to mimo swojej niskiej masy i trudnego porodu samodzielnie wspięła się na moją pierś i zaczęła ssać. A potem przez kilka miesięcy ssała prawie non stop.

- Co chcesz na kolację? – pytam Helę?

- joden (jogurt), rodzynki, morele, płatki, ricotę, mozarellę, żółty ser, ciacho i lody – recytuje Hela swoim zwyczajem.

- Ciacha i lody są tylko na podwieczorek – odpowiadam swoim zwyczajem.

- Hela wie. Hela żartowała – słyszę jak chichocze.

- Będą kanapki z serem i pomidorem.

- I szczypiolem

- Dobrze i szczypiorkiem.

- I ogólem.

- I z ogórkiem.

- I kefir.

- Dobrze i kefir.

Hela zakłada śliniaczek, przeciera ręce mokrą chusteczką i zasiada przy stole. Je metodycznie. Najpierw ze wszystkich kanapek zjada szczypiorek, potem pomidora i ogórka, następnie zjada ricottę i wylizuje  palcem masło, a na końcu zjada chleb. Robi to zmysłowo i apetycznie. Potem wypija kubeczk kefiru i pokazuje nam z duma jakie ma "duże wąsy kefirowe.

- Hela „zjabła”. Hela jest głodna.

I co robić w takiej sytuacji? Drugą kolację?

A jeśli za to, że Borsuk tyje odpowiada jego „przywleczona” z rodzinnego domu skłonność do ciast. Może gdyby moja matka upiekła czasem jakiegoś murzynka, albo gdybyśmy mieli gofrownicę, której tak zazdrościłam kuzynce, miałbym teraz nadwagę. A tak nie cierpię domowych wypieków i trzymam linię.

Jak daleko stawiać granicę dziecku, które tak bardzo lubi jeść?

- Jutro Hela wstanie i zje damnonki - tak. Hela zje dwa damnonki – Hela zniecierpliwiona moim brakiem reakcji pociesza się planowaniem kolejnych posiłków.

- Dlaczego dwa?

- Bo Hela ma dwie ręce – tu pokazuje mi swoje dłonie.

 

Historia o garniturze rozśmiesza gości weselnych i zdejmuje napięcie z zaprasowanych w kant jeansów Borsuka.

Hela, najbardziej elegancka z naszej rodziny, jest oszołomiona. Posadzona miedzy nami przy stole natychmiast nakłada sobie kartacza. Kartacz jest wielkości jej dłoni, ale w niczym to jej nie przeszkadza. Kiedy go zjada, sięga po rybę, a potem po kolejnego kartacza.

- Ona tak zawsze? – pyta oszołomiona pani obok mnie.

- Raczej tak. Kiedyś mówili mi, że straci apetyty jak zacznie chorować, ale nie straciła.

- Aż miło popatrzeć. Wszystkie dzieci na sali biegają, a ona siedzi i je.

Faktycznie inne dzieci nie są zainteresowane biesiadowaniem. Natomiast Hela, w przerrwach między kolejnymi dokładkami, wykonuje dokładnie wszystkie zalecenia wodzireja: kołysze się na krześle (zmuszając nas do tego samego), krzyczy gorzko i pije toasty (wodą nalaną do kieliszka). Na koniec mówi mi do ucha: mamo dziękuję za sele.

Kiedy kelnerki przychodzą ze zmianą talerzy Hela zaczyna krzyczeć: Hele będzie to jabła! Hela będzie to jabła potem! -  Kurczowo trzyma swój talerz.

A może Hela reaguje tak bo była niedożywiona w ciąży.  Może przez 9 miesięcy żyła w stanie ciągłego niedoboru i teraz to odreagowuje. Czuję się winna.

Stawianie dziecku granic to ciągłe balansowanie między rozsądkiem, poczuciem winy, poczuciem wstydu, własnym lenistwem i własnymi projekcjami.

Mam wrażenie, że problem z granicami dziecka pojawia się tam gdzie rodzice są najmniej rozsupłani.

14:21, pocztaklary
Link Komentarze (6) »
piątek, 09 lipca 2010
52. Grzech zaniedbania

W ferworze załatwiania spraw moja uwaga na sekundę zatrzymuje się na Heli, która siedzi przy swoim stoliku i spokojnie próbuje zmieścić w buzi niepokrojoną pierś kurczaka.

- Nie! Hela wypluj to! Zapomniałam ci pokroić.

Ponieważ nie mam pod ręką noża rozrywam mięso na kawałki, a przy okazji sama zjadam kęs.

Hela krzyczy – Nie to mięcho Heli!

Rozbawia mnie ta sytuacja, więc rechoczę pod nosem, ale Helę moje bagatelizowanie sprawy tylko bardziej złości.

Z żalem i łzami w oczach mówi: To było Heli mięcho, nie mamy!  Mamy to mięcho nie było! Mama pluje! Tutaj! – pokazuje palcem swój talerz.

- Hela, ale ja to już przełknęłam. Nie mogę wypluć.

Łeeee łeeee – Hela zaczyna płakać- To było Heli, nie mamy. Heli. A teraz nie ma! – rozpacza Hela.

- Jesteś rozżalona i zła na mnie? Przepraszam. Nie chciałam ci tego zjeść. Nie wiedziałam, że to dla ciebie takie ważne.

Hela milknie, ale po chwili znów zaczyna rozpaczać. To znak, że nie chodzi o ten skradziony kęs.

Domyślam się, że to żal nad moim brakiem czasu i uwagi dla niej. I dopiero nad jej talerzem, który jasno określa granice  Hela wie, że może być na mnie zła bo wtargnęłam na jej terytorium. Zaniedbanie to taki rodzaj złego uczynku, którego namacalnie nie ma, dlatego tak trudno go zidentyfikować i nazwać. Zwłaszcza dwulatce. Choć i dorośli mają z tym kłopot. Zdarzyło wam się kiedyś uświadomić sobie, że gdyby wasz partner/partnerka częściej myli wannę lub wypakowywali zmywarkę  mielibyście więcej czasu na przyjemności. A przecież nie robią nic złego. Ja też nie zrobiłam Heli niczego złego, ale nie rozbiłam też niczego dobrego.

Jesteś na mnie złą, bo przez cały dzień gadam przez telefon. Bo zamiast na plac zabaw chodzimy do banku i na pocztę, tak?

- Taaak. Hela chce bawić z mamą kasą.

- Chcesz żebym się z tobą bawiła, a ja ciągle nie mam czasu.

- I mama czyta komputer.

- I pracuję na komputerze zamiast zając się tobą, tak?

- Taaaak ! – wielkie łzy spływają z oczu Heli.

- Tak mi przykro córeczko. Bardzo cię przepraszam. Poczułaś się odrzucona i zaniedbana. Miałam ostatnio dużo spraw. Bardzo cię kocham.

Przytulamy się mocno. Czuję jak napięte ciało Heli rozluźnia się  i coraz głębiej opada w moje ramiona. Hela wzdycha głośno i całuje mnie w policzek. Myślę, że mi wybacza.

15:17, pocztaklary
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 czerwca 2010
51. Życzenia na Dzień Matki

23:32, pocztaklary
Link Komentarze (7) »
niedziela, 06 czerwca 2010
50. Pierwszy głowonóg Heli

To jest Król ulubiona maskotka Heli. Pierwszy głowonóg jakiego namalowała. Miała wtedy rok i jedenaście miesięcy.Te kropki na środku to: oczy, nonio i buzia. Kreski na górze głowy to uszy. Nóg ze stopami i rąk można się domyślić. Potem Hela domalowała królowi jeszcze marchewkę :-).

 

król, głowonóg, malunek, farby

 

dziewczynka maluje, dwulatka maluje farbalmi, mała dziewczynka maluje

16:30, pocztaklary
Link Komentarze (5) »
środa, 12 maja 2010
49. Mama plama

- Dzień dobry sąsiadko  - słyszę  siedząc z Helą na ławce w pobliskim parku.

- Dzień dobry.

- Co pani myśli o nowym kolorze drzwi?

Od koloru drzwi, przez pory roku, koncerty i filmy dochodzimy w końcu do momentu, w którym Hela chce iść do domu.

- Przepraszam pana, ale już się zbieramy.

- Świetnie idziemy przecież w tym samym kierunku.

I wtedy próbuję wstać. Najpierw delikatnie. Potem trochę mocniej. Aż w końcu uświadamiam sobie, że utknęłam.  Sąsiad podaje mi rękę i ciągnie jak dziadek rzepkę w ogrodzie. Trach! i odklejam się.  Na plecach i pupie mam wielką lepką plamę. Sytuacje jest żenująca. Marzę żeby  zapaść się pod ziemię i wtedy Hela zaczyna się śmiać. Chichocze jakby ją ktoś łaskotał.  A potem zaczyna mówić pod nosem: mama plama, mama plama, mama plama.

- Ma poczucie humoru ta pani córa  - mówi sąsiad i zażenowanie pryska.

I byłaby to historia z happy endem gdyby nie fakt, że Hela teraz cały czas mówi do mnie „mama plama”. Borsuk zresztą też zapracował sobie na przezwisko – jest "tatą gapą".

Czyż nie cudowne są  te dziecięce sposoby na radzenie sobie z absolutem  i doskonałością rodziców? :-)

mała dziewczynka, dziecko na spacerze, spacer, ładna dziewczynka, dziecko, małe dziecko

14:55, pocztaklary
Link Komentarze (7) »
piątek, 30 kwietnia 2010
48. Pierwsza idolka

- Mama ma dziułe, mama ma dziułę – mówi Helena przestępując  z nogi na nogę.

- Gdzie?  - pytam zniecierpliwiona, bo jesteśmy już prawie gotowe do wyjścia.

- Tiu – Hela pokazuje na moją klatkę piersiową.

Faktycznie nitka na szwie lekko puściła.

- Tej dziury nie widać – bagatelizuję sprawę i biorę klucze.

- Mama szyje, mama szyje – głosem nie znającym sprzeciwu mówi Hela i biegnie do szuflady, w której trzymamy igłę z nitką.

- Hela, nie mamy teraz czasu. Mama zaszyje innym razem.

- Nie!!! Mama szyje! – krzyczy Hela i swoim zwyczajem zakłada rękę na rękę, jakby była obrażona.

Każdy, kto spędza  dużo czasu z dwulatkiem wie, że zdecydowanie szybciej i łatwiej byłoby w takiej sytuacji zaszyć sukienkę. Ale każdy, kto kiedyś uległ żądaniom dwulatka wie, że to równia pochyła prowadząca do życia w chaosie. Dziecko w tym wieku desperacko potrzebuje granic. Dlatego jeśli ich nie znajdzie, będzie szukać dalej i stawiać kolejne niedorzeczne żądania.

- Hela, spójrz na mnie. Mama założy płaszcz i dziury nie będzie widać. Zaszyjemy ją później. Teraz idziemy.

- Niiiieeee!!!! – Hela wpada w histerię. Jak mantrę powtarza: mama szyje dziułe, mama szyje dziułe. Po twarzy ciekną jej filmowe łzy.

Siadam na podłodze i czekam. Po kilku minutach zawodzenia Hela znów podbiega do szuflady z nitkami i ze złością odsuwa ją i zasuwa.

- Złościsz się na mamę, a wyładowujesz się na szufladzie tak?

- Taaak – głosem pełnym żalu potwierdza Hela.

- Chciałaś szyć, nie pozwoliłam ci, więc się na mnie złościsz i jest ci przykro, tak?

- Taaaak – potwierdza Hela.

- Rozumiem. W takim razie  mam propozycję. Teraz wybierzemy kolor nitki, którą będziemy szyć jak wrócimy -  dobra?

- Tak – radośnie potwierdza Hela. Teraz wygląda jJakby nic się nie stało.

-Jakiego koloru jest sukienka mamy?

- Tego – mówi Hela i wybiera czarną nitkę.

- Bardzo dobrze. To teraz połóż ją na stole i idziemy.

Hela grzecznie wypełnia polecenie i bez słowa sprzeciwu wychodzimy z domu.

W przychodni  lekarskiej , do której o dziwo docieramy przed  czasem,  Hela rzuca się do oglądania stert  kolorowych magazynów.

- Mama, Hela chce to – jej paluszek pokazuje na małą  śliczną dziewczynkę w szykownej sukience.

- Nie kochanie, to nie nasza gazeta, nie możemy z niej nic wydzierać.

- Hela chce Suri!

- Co Hela chce? – biorę gazetę i z niedowierzaniem czytam podpis pod obrazkiem Suri Cruise.

- Skąd wiesz, że to Suri?  - pytam Helę, jakbym rozmawiała z dorosłym.

-He He He – odpowiada śmiechem.

Albo Hela potrafi czytać, albo potajemnie przegląda serwisy plotkarskie - myślę zbita z tropu.

- Skąd wiesz, że to Suri? – pytam bardziej nerwowo.

- Hela ma Suri w domu. Tak – odpowiada mi, jakby mówiła do idioty.

 

Kiedy po lekarzu wracamy do domu. Hela pierwsze kroki kieruje w stronę stołu.

- Mama nitka czeka – pokazuje palcem.

- Wiem kochanie, ale najpierw umyjemy  ręce.

- Nie. Mama szyje dziułe teraz.

- Nie. Najpierw umyjemy ręce, ponieważ w przychodni jest dużo zarazków.

- Nie! Mama szyje dziułe teraz. Tak!!

- Nie. Ręce.

Hela wybucha płaczem. Stoi , płacze i wymownie patrzy na mnie. Swoim zwyczajem siadam na podłodze i czekam. Trochę ją ignoruję, a trochę obserwuję, żeby móc zareagować na  jej kolejny krok.

- Hela się droczy. Tak – mówi, wybucha śmiechem i grzecznie idzie do łazienki.

Po zaszyciu sukienki wracam do pytania o Suri. Hela biegnie do swoich zabawek i przynosi jedno ze swoich pudełek. Otwiera je umiejętnie i wyciąga zdjęcia Suri.

- Hela ma Suri – mówi swobodnie. – Trzy Suri.

Przeglądamy jej skarby i ze zdziwieniem stwierdzam, że jest w tym jakaś logika. Nigdy nie zwracałam na to uwagi  i kiedy prosiła mnie o wycięcie jakiegoś obrazka  z czasopisma robiłam to czytając jej tylko podpis.  W ten sposób Hela zebrała trzy Suri, trzy Anie Rubik, jedną Anię Przybylską, pięć psów, trzy jajka, dwie baletnice, jedną zimę i jedno lato oraz „dużo, dużo ciuchów”.

Dopiero teraz rozumiem jak trudno znieść jej mamę z dziurą w sukience, skoro za wzorce kobiecości wybrała sobie modelki w kreacjach od projektantów.

10:01, pocztaklary
Link Komentarze (7) »
czwartek, 22 kwietnia 2010
47. Koniec przerwy

- Przepraszam cię kochana, że wtedy nie przyszłam i nie zadzwoniłam, ale tak mnie bolało, że traciłam kontakt z rzeczywistością – mówię cicho do przyjaciółki, która siedzi obok mnie w teatrze.

- Strasznie długo cię już boli. Co mówią lekarze? Wiedzą co ci jest?

- Nie. Podejrzewają rzadką chorobę,  która jest tak bolesna, że ludzie skaczą przez nią z okna.

- I jak to się leczy?

- Objawowo.  Mam się zapisać do kliniki bólu przewlekłego.

- A jaki to jest ból? – nagle odwraca się do mnie rudowłosa, nastroszona pięćdziesięciolatka.

Patrzę na nią z niedowierzaniem.

- Ciągły? Czy napadowy? Kłucie? Czy prąd? – dopytuje.

- Wie pani, poczułam się jak w „Misu” Bareji – jestem niegrzeczna.

- No, ale jaki to jest ból? – pani nie odpuszcza.

- Napadowy.  Nigdy nie wiadomo kiedy się pojawi, ale jak się pojawi to ma się ochotę umrzeć.

- To przez brak magnezu – macha pobłażliwie ręką. – Proszę brać trzy razy dziennie po trzy tabletki.

- Pani jest lekarzem? – pyta moja przyjaciółka, którą wcześniej zamurowało.

- Nie – mówi spokojnie pani i odwraca się w stronę sceny.

Drodzy czytelnicy bloga o Heli (jeżeli jeszcze jacyś się ostali). Nie wiem, czy to przez magnez, czy może inne lekarstwa w końcu poczułam się lepiej. Mam nadzieję, że wracamy z Helą na dobre.

Hela miewa się świetnie. Nie tylko mówi, ale ma swoje zdecydowane zdanie na każdy temat. Na przykład ostatnio pokłóciła się z fryzjerką.

- Co to jest Helenko? – pyta fryzjerka pokazując Heli czarnego ptaka z dużym dziobem?

Hela odwraca wzrok zawstydzona.

- Ptak – mówi dobrotliwie fryzjerka.

- Nie ptak! – Hela podnosi głos.

- Ptak – przekonuje ją fryzjerka – ma skrzydła i lata.

- To nie ptak -  to Tukan! – odpowiada Hela.

14:32, pocztaklary
Link Komentarze (10) »
niedziela, 17 stycznia 2010
46. UFO a sprawa polska

- Jesteś tam?! - dziadek pyta, jakby krzyczał do studni.

- Jestem.

- Dzwonię, żebyś mi dała adresy wydawnictw.

- Jakich wydawnictw? - pytam lekko zbita z tropu.

- Najlepiej dobrych.

Zapada długa cisza.

- Dziadku, ale ja nie znam się na wydawnictwach.

- Jak to? Przecież wydałaś kiedyś swoje wiersze.

Pamięć 79-letniego dziadka to prawdziwy labirynt. Dziadek nie pamięta na przykład mojego zawodu, ani imienia Heli, ale przypomniało mu się, że w liceum wydałam tomik wierszy.

- Dziadku jestem pewna, że to „wydawnictwo” (kserokopiarka w garażu kolegi powielająca artziny, teksty punkowych piosenek i pseudopoezje licealistek) już nie istnieje.

- No a jakieś inne?

- A po co ci te adresy?

- Napisałem kilka wierszy. Chciałbym je opublikować.

- Myhy...To chyba nie jest takie proste.

- Wiem. Byłem już w „Trybunie”, „Nie”, a nawet w „Gazecie Wyborczej”, chociaż jej nie czytam.

- Co?

- W „Nie” nawet mnie nie wpuścili. Powiedzieli, że Urbana nie ma. W „Gazecie” wpuścili, ale Michnika nie chcieli poprosić.

- Co ci przyszło do głowy?

- Wiem. Dopiero później się zorientowałem, że gazety nie publikują wierszy. Dlatego potrzebuję dobrego wydawnictwa.

Jakie szczęście, że mamy inne nazwisko pomyślałam szybko.

- A co to są za wiersze? - zapytałam, bo znów zapadła żenująca cisza.

- Dobre. Takie na czasie. O UFO. W telewizji dużo jest UFO, więc myślę, że ludzie to lubią.

- Myhy.

- Przeczytać ci?

- Nie, nie dziadku, przez telefon to lepiej nie - starałam się zachować spokój. - Ale wiem już, gdzie znajdziesz adresy wydawnictw: w książce telefonicznej.

Ta odpowiedź najwyraźniej dziadkowi wystarczyła, bo się natychmiast rozłączył. Nie zdziwiło mnie to - często tak robi.

 

- Dzwonił dziś dziadek - zagajam do Borsuka wieczorem. Leżymy już w łóżku: ja przeglądam „Gazetę Stołeczną”, a  Borsuk jak co dzień podróżuje palcem po internecie. Dziś jest na Kanarach.

- No i co?

- Został poetą.

- Jak mu się to udało?

- Napisał kilka wierszy, których nikt nie docenia. Chciał, żebym mu załatwiła ich druk.

- Powiedziałaś mu, że nie mamy drukarki?

Parskamy śmiechem.

- Przestań. On podchodzi do tego śmiertelnie poważnie. Będzie chodził z tym po wydawnictwach.

- Jaką ty masz pokręconą rodzinę.

- Spadaj. Ty też nie masz normalnej. Zresztą, może te wiersze są dobre, skąd wiesz? A pamiętasz jak się wyśmiewaliśmy, z dziadka jak nam opowiadał o sąsiedzie, który produkuje narkotyki (hellohela.blox.pl/2008/12/Pieprzna-historia.html)? I co, dzięki dziadkowi policja złapała poważnego dilera?

 

- Jesteś tam?! - dziadek swoim zwyczajem wrzeszczy do telefonu.

- Jestem dziadku.

- Wiesz cholibka. Chyba będę miał kłopoty - chichocze.

- Dlaczego?

- Myślę, że tymi wierszami nadepnąłem Tuskowi na odcisk.

- Co?!

- Byłem w kilku wydawnictwach i wszędzie się boją to wydać.

- Tak ci powiedzieli?

- Gdzie tam! Kręcą coś. Ale ja swoje wiem. Byłem kiedyś blisko władzy, to wiem jak działa.

- Dziadku to było w innym ustroju.

- Ustroje się zmieniają, ale ludzie nie.

- Rozumiem - odpowiadam, żeby już nie ciągnąć tego tematu.

- Ty jesteś odważna. Zawsze mówisz, co myślisz. Może byś opublikowała te wiersze w internecie?

No nie. Błagam. Tylko nie to.

- Dziadku może byłeś w złych wydawnictwach? - próbuję zmienić tor jego myślenia.

- Nie wiem, ale wyglądało tam elegancko.

- A jak się nazywały te wydawnictwa?

- Nie pamiętam... Poczekaj... Egmont!

- Przecież oni wydają książki dla dzieci.

- No to co? UFO nie może być dla dzieci?

- Nie czytałam tych wierszy, to nie wiem, ale może spróbuj gdzie indziej. A najlepiej to wyślij te wiersze pocztą.

- Zwariowałaś? Żeby mi je ukradli? Potem nawet się nie dowiem, że ktoś je wydał pod swoim nazwiskiem.

- Rozumiem.

- To co? Przywiozę ci je dzisiaj. Przepisałem je na komputerze.

- Ale dziadku w internecie nic nie płacą - sprytnie zniechęcam go do pomysłu.

- Wiem. Zarabia się tylko na prawach autorskich do filmu.

- Jakiego filmu? Przecież ty piszesz wiersze.

- Jak zdobędę popularność, to napiszę powieść - mam już nawet tytuł. Tylko opublikuj to pod pseudonimem, żeby nas nie aresztowali.

 

No to publikuję. Ostrzegam, tylko dla wytrwałych.

 

 

UFO

autor: pradziadek Heli

 

Po błękitnym niebie jak kometa UFO mknie.

Nagle się zatrzymało,

na polu wylądowało.

Tak się mocno przestraszyłem, jakby ducha zobaczyłem.

Po sekundach kilku głos ludzki słyszę.

 

Przybyliśmy w misji pokojowej.

U nas nie ma wojen ani zbrodni.

My żyjemy zgodni.

A wy gdybyście bomb atomowych użyli,

to byście swoją planetę utracili.

 

Wiemy, że na waszej planecie Ziemi

jest wiele nieszczęść i biedy.

Miliony ludzi nie ma pracy ani chleba

i z głodu umiera.

Kościoły wasze po śmierci was do raju kierują

i wieczyste zbawienie obiecują.

 

Podzieleni jesteście na kapitalistów, komunistów, socjalistów, neoliberałów,

na bogatych i biednych.

Nawet ustawy antykorupcyjnej nie macie

i nawzajem się oskarżacie.

 

Czas najwyższy na opamiętanie!

Na naprawę waszych systemów rządzenia,

dajemy termin krótki,

bo w sposób nieludzki was potraktujemy.

 

Wszelkie bogactwo na waszej Ziemi

podzielcie sprawiedliwie

i żyjcie wstrzemięźliwie.

niedziela, 03 stycznia 2010
45. Czy jestem darmozjadem

- Borsuk, wiesz co mi dziś powiedziała kosmetyczka?

- Że powinnaś sobie zrobić coś tam termobrazję?

- Nie. A skąd ty znasz takie słowo?

Borsuk patrzy na mnie znacząco. To zapowiada jedną z naszych ulubionych zabaw, czyli, a co jeśli jedno z nas ma kogoś na boku.

- Dobra, najwyżej wiesz to od kochanki, ale skoro musi sobie robić tę coś tam brazję, to na pewno ma gorszą cerę ode mnie.

Borsuk nie daje się sprowokować.

- A może ma po prostu trądzik młodzieńczy. Nastolatka?!

Parskamy śmiechem.

- My tu się śmiejemy, ale ilu naszych czterdziestoletnich znajomych wymieniło sobie kobiety na o połowę młodsze?

Borsuk znów patrzy znacząco: - Ja jeszcze nie mam czterdziestu.

- Właśnie. Ty masz inny charakter - zanim podejmiesz ważną decyzję, musisz wszystko sprawdzić.

- To w końcu co ci powiedziała ta kosmetyczka?

- Tak na chama zmieniasz temat. Borsuk, zlituj się. Powiedziała mi, że muszę być bardzo odważna.

- Że regulujesz brwi?

- To też, ale głównie chodziło jej o to, że nie wróciłam do pracy po macierzyńskim. Bo ona wróciła dwa miesiące po porodzie.

- Co to ma wspólnego z odwagą?

- Jej zdaniem jestem odważna, bo nie boję się, że ludzie powiedzą mi, cytuję: że jestem darmozjadem. Po za tym jej zdaniem nie realizuję się, więc nie mam czym zaimponować koleżankom i mężowi.

- Czyli w tym komplemencie była obelga.

- Cóż, ja się nie poczułam urażona. Raczej jej współczułam.

- Czego?

- Pomyśl, żeby zagłuszyć swoje poczucie winy, musiała obrazić klientkę.

- A jednak cię to poruszyło. Bez powodu posądziłaś mnie o romans.

- Bez powodu?! A odkąd to, mąż zna się lepiej od żony na kosmetyce. Poza tym siedzenie w domu rzeczywiście nie sprzyja atrakcyjności.

- Przecież jesteś atrakcyjna.

- Mowa trawa. Kiedyś nawet się malowałam, ale to takie niepraktyczne, Hela wciąż miała śpiochy uwalane podkładem. Jak się jakoś lepiej ubiorę, to zaraz się zaplamię, albo klęknę na ciastolinie, więc też się nie opłaca. Do fryzjera przecież z Helą nie pójdę…

- Mnie się podobasz. Jesteś taką fajną mamą.

- Mamą? To takie nie seksi – zawodzę.

- W tobie najbardziej seksi i tak jest osobowość. A jak ktoś jej nie ma, to musi bardziej o siebie dbać.

- Jaki ty jesteś dyplomatyczny. A kochance to sponsorujesz coś tam brazję.

- No co ty sponsorowanie odpada. Współczesne kobiety zarabiają na siebie same, a przy okazji się realizują.

- Więc jednak? Ty też?

- Żartowałem.

- Właśnie uświadomiłam sobie, że nikomu nie opowiadam, jaka jestem zadowolona z bycia w domu z Helą.

- Dlaczego?

- Bo jeśli kobieta sama nie zarabia, to przynajmniej musi być z tego niezadowolona. Właśnie to sugerowała mi kosmetyczka.

- No ale mówiłaś…

- Mówiłam. Mówiłam. Nie chodzi o to, co ja myślę, ale jaki jest trend. Współczesna kobieta sukcesu robi projekty, chodzi na lunche z klientami i żaden facet nie robi jej łaski, bo na wszystko zarabia sama. Nie czytasz „Wysokich Obcasów”?

- Ale przecież ty jesteś kobietą sukcesu. Realizujesz się jako matka!

- I nawet jestem szczęśliwa. Ale kto mi w to uwierzy?

czwartek, 31 grudnia 2009
Życzenia Noworoczne

Jako nastolatka siliłam się na życzenia filozoficzne.

Jako dwudziestolatka życzyłam wszystkim miłości.

Jako trzydziestoparolatka życzę innym przyjemności.

 

Drodzy Czytelnicy bloga o Heli,

życzę Wam na Nowy Rok tego,

czego życzycie innym,

z pewnością jest to dla Was najważniesze.

A po za tym,

życzę Wam przyjemności i cudownych chwil, bo to one składają się na szczęśliwe życie.

Borsukowa

15:13, pocztaklary
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 grudnia 2009
44. Matka sroczka psychopatka

Jako mała dziewczynka bardzo nie lubiłam wierszyka o sroczce*. Bo dlaczego do cholery temu łepek urwała? Innych nakarmiła, a najmniejszego bez ostrzeżenia ukatrupiła. Zwykła psychopatia a nie macierzyństwo! I dlaczego babcia ciągle mi to recytuje? - tak myślałam trzydzieści lat temu.

 

Ale jako mama zmieniłam zdanie.

 

- To chyba zbyt drastyczne dla Heli - mówi Borsuk obserwując zaangażowanie, z jakim „urywam najmniejszej sroczce łepek” i robię zamaszyste frrryyy! Przy odleciała.

- Myślisz?

- Na pewno znasz jakiś inny wierszyk.

- Znam ich dużo, ale ten... – próbuję zrozumieć, dlaczego recytowanie tego wierszyka sprawia mi przyjemność.

- Co ten?

- Sama nie wiem. Może chodzi o to, że pamiętam go z dzieciństwa.

- Ja też go pamiętam, ale go nie lubiłem - mówi Borsuk.

- Dziwne ja też go nie lubiłam, a nawet się go bałam.

 

Kilka dni później zaobserwowałam, że podczas zasypiania Hela sama raczy się „Sroczką”.

- Temu ten - szepcze pod nosem pokazując kciuk. - Temu tu. Temu am. Temu nie am - wyciąga kolejne palce. A temu Bam! Bam! Bam! –  podnosi głos i uderza pięścią w dłoń.

Ta agresja i siła, z jaką Hela się boksuje, przerażają mnie.

 

- Borsuk chyba miałeś rację – mówię zaraz po uśpieniu Heleny. – „Sroczka” jest zbyt drastyczna dla Heli. Opowiadam mu, co się wydarzyło.

- Normalnie, jak tak dalej pójdzie, to zacznie nas bić – drwi Borsuk.

- Żebyś wiedział. W Stanach Zjednoczonych stwierdzono, że w dniu, w którym odbywała się ważna walka bokserska, w znaczący sposób wzrastała liczba morderstw.

- Interesujące, ale co to ma wspólnego z Helą?

- Ludzie uczą się przemocy przez modelowanie.

- A co bijesz Helę i boisz się, że ci odda? – rechocze Borsuk.

- Nie biję, ale sroczce łepek urywam. I lubię to!

- W takim razie pytanie, skąd w tobie ta agresja.

- Jak to skąd? Agresja w człowieku jest i tyle. To po prostu instynkt.

- No to skoro w tobie jest, to w Heli też.

- Fakt. Agresja to jedno, a przemoc drugie.

Wtedy to do mnie dociera. Nieświadomie nauczyłam Helę kanalizować agresję w taki właśnie sposób. Zamiast ją bić, czy na nią krzyczeć, kiedy mnie rozzłości rozładowuję agresję w zabawie w urywanie łepka. Dlatego lubię tę zabawę, bo pozwala mi w bezpieczny sposób pozbyć się trudnych emocji.

I teraz, kiedy Helena jest zła, bo musi iść spać. Chodzenie spać o określonej porze jest najsztywniejszą granicą, jaką jej stawiamy. Zamiast krzyczeć, kopać, bić robi: bam, bam, bam. I znów dostaje się niewinnej sroczce.

 

Czyż nasze babcie nie były genialne?

 

*Tu, tu, tu sroczka kaszkę ważyła.

Temu dała do miseczki,

temu dała do łyżeczki,

temu dała w talerzyku,

temu nic nie dała,

a temu łepek urwała i frrrryyyy odleciała

21:20, pocztaklary
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009
43. Eden bam

-  Mama, mam dwa - mówi Hela i pokazuje mi swoje ręce.

Patrzę zdziwiona, bo trudno mi uwierzyć, że półtoraroczne dziecko rozumie już znaczenie liczb.

- Co masz? - pytam.

- Mam dwa - tym razem Hela pokazuje mi dwa palce.

- A mama ile ma? - wystawiam trzy palce

- Dwa - odpowiada Hela, a ja oddycham z ulgą, że to jednak przypadek z tym liczeniem.

 

- Kochanie wiesz jak się dziś wystraszyłam! - trajkoczę, jak co dzień kiedy Borsuk wraca z pracy. - Myślałam, że rośnie nam w domu geniusz - przez chwilę wydawało mi się, że Hela mówi, że ma dwie ręce.

- Hela ile masz rąk - pyta Borsuk.

Hela wystawia przed siebie ręce i mówi: dwa.

- Mówi się dwie - poprawia ją Borsuk.

- Di - powtarza po swojemu Hela.

Zawieszam się.

- No chyba rzeczywiście wie, że ma dwie ręce - kwituje spokojnie Borsuk.

- A ile mama ma nosów? - pytam pokazując szerokim gestem swój nos.

- Nie di - odpowiada Hela znudzona i wraca do układania parami obrazków zwierząt.

- To przypadek - macham ręką rozstawiając po domu świąteczne dekoracje.

Hela podchodzi do mnie pokazuje na trzy aniołki i mówi: mama trzy.

- To też przypadek? - pyta Borsuk.

- Hm. Ona teraz powtarza wszystko co ja powiem, więc na pewno usłyszała, że mówię trzy.

- Na pewno!

 

Następnego dnia jemy na obiad zielony groszek, który Hela nazywa ”bam”.

W pewnym momencie Hela nakłada sobie na łyżeczkę trzy groszki i mówi: trzy bam.

Przestaję jeść i obserwuję ją dokładnie.

Za chwilę nakłada dwa i mówi: dwa bam.

A nałóż proszę jeden - mówię do Heli. Wtedy ona zrzuca z łyżeczki jeden groszek i mówi: eden bam.

Czy to przypadek? Nadinterpretacja?  A może dzieci w tym wieku potrafią już liczyć do trzech?

15:56, pocztaklary
Link Komentarze (11) »
sobota, 12 grudnia 2009
42. Jak radzić sobie z chorobą dziecka

- Może za mało sprzątam? – siedzę po turecku na łóżku i mocno gestykuluję.

- Ale przecież ja sprzątam – Borsuk jest spokojniejszy, ale po drgającym policzku poznaję, że to tylko pozór.

- Wiem, ale może gdybyśmy sprzątali oboje, byłoby o połowę mniej kurzu.

- Nawet nie wiesz, czy Hela ma alergię na kurz.

- Czytałam w internecie, że to częsty powód obniżonej odporności.

- Jeżeli to kurz, to najwięcej jest go w książkach.

- Faktycznie. Musimy się ich pozbyć! I dywanów!

Po minie Borsuka poznaję, że też chce podążyć za moją paranoją, ale zbyt lubi swoje książki.

- Słuchaj, gdyby to było przez kurz, to wcześniej też by chorowała, a przecież zaczęła dwa tygodnie temu.

- To może za cienko ją ubieram na spacery… Albo za grubo…

- Albo odkrywa się w nocy i marznie.

- Albo przynosisz wirusy z pracy. Widzisz? Kolejna wada pracy w koncernie.

- Albo trzeba było dawać jej witaminy.

- Po co sztuczne witaminy, skoro Hela je tyle warzyw i owoców? A po za tym nie zmieniaj tematu.

- Czyli sugerujesz, że to moja wina?

- Nie, ale może zastanówmy się, co można z tym zrobić.

- Mogę rzucić pracę.

- Byłoby najlepiej, ale z czegoś musimy żyć. Lepiej będzie, jak po powrocie z pracy natychmiast będziesz się kąpał i przebierał.

- Zamiast przywitać się Helą będę czmychał do łazienki, a potem chodził w maseczce, tak?

Już to widzę oczami wyobraźni. Hela, która na dźwięk domofonu biegnie radośnie do drzwi z okrzykiem TATA! I Borsuk, który uważając, żeby jej nie dotknąć, biegnie w kurtce do łazienki.

Śmiejemy się.

- Chodźmy spać – Borsuk jest wykończony.

- Nastawić budzik na drugą? – pytam spokojnie.

- Dlaczego na drugą?

- Bo wtedy przestanie działać czopek i Heli na pewno skoczy gorączka.

- No to nastaw – wzdycha Borsuk.

Nie mogę spać. Co chwila chodzę sprawdzić, czy Hela się odkryła, czy temperatura jej wzrosła.

- AAAA! – krzyczę przerażona.

- Ciiii – odpowiada Borsuk, na którego wpadam po ciemku. – Idę sprawdzić, czy się nie odkryła.

- Już sprawdziłam. Chodź spać.

W końcu zasypiamy. Budzik brutalnie wyrywa nas z ciepłego miłego snu.

- Zanim ją zbudzimy sprawdzę, czy ma gorączkę – szepczę do Borsuka. Podświetlam telefonem ucho Heleny i drżącymi rękami wkładam termometr.

- 40,5 stopnia – odczytuję i czuję, że zaczyna mi brakować oddechu.

- Zimne okłady, szybko.

Hela nie przypomina siebie. Przelewa się przez ręce jak uśpione zwierzę. Z oczu ciekną jej wielkie, gorące łzy, a mimo to jest spokojna, nawet nie protestuje, kiedy widzi czopek.

Około czwartej nad ranem temperatura spada Heli do 38 stponi i udaje się ją uśpić.

Kolejne infekcje przychodzą regularnie w niedzielę. Jedna kończy się poważnym zapaleniem oskrzeli. Hela rzęzi jak Lord Vader i zanosi się od kaszlu.

- Ona się pani nie dotlenia – mówi lekarka, kiedy dzwonię do niej spanikowana. – Potrzebuje sterydów do wdychania. – Proszę natychmiast przyjechać! Jeśli się nie poprawi, trzeba do szpitala pod tlen. Wie pani, u dzieci to dużo nie trzeba.

- To co mam robić, kiedy się dusi? – pytam jeszcze bardziej spanikowana.

- Natychmiast otwierać okno. Zimne powietrze obkurczy oskrzela.

- Tuba – Hela szybko uczy się nowego słowa – staje się ważnym elementem naszego życia. Mi daje poczucie bezpieczeństwa, a Heli rozrywkę, której tak potrzebuje w związku z niewychodzeniem z domu. W chwilach, kiedy się nie inhaluje prawdziwą tubą, zastępuje ją lejkiem kuchennym.

Kiedy w końcu po sześciu tygodniach lekarka orzeka, że Hela jest zdrowa, mam ochotę ją ucałować z radości. Idziemy na pierwszy spacer, a Hela non stop się śmieje, a wręcz rechocze. Jest czwartek.

W sobotę Hela zaczyna się pokładać, a w niedzielę dostaje wysokiej gorączki! Innych objawów brak.

- Kochanie, a może nic nie możemy zrobić? – mówię do Borsuka zrezygnowana

- Może.

-  Nie możemy ciągle czuć się winni. Dziecko musi się wychorować.

- Nie wiem, co gorsze poczucie winy, czy bezradność.

- Trafiłeś w sedno. Poczucie winy to nic innego jak radzenie sobie z bezradnością. Łatwiej jest się pogodzić z faktem, że zrobiło się coś źle niż z tym, że nic nie można zrobić.

- A tran? Może będziemy Heli dawać tran. Słyszałem w pracy, że pomaga – Borsuk jakby przełączył się na inny kanał.

Waham się przez chwilę, czy się do niego dostroić, czy zostać w kręgu bezradności. – A może pojedziemy nad Bałtyk? Jod podobno pomaga na odporność.

 

13:41, pocztaklary
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
41. Przyszła Mi

- Mama nana, tata nana, mi nana – mówi Hela, a my z Borsukiem jak na sygnał patrzymy zdziwieni najpierw na nią, a potem na siebie. Wszyscy troje leżymy w łóżku.

- Przesłyszało mi się? – pytam podekscytowana. – Helenko, kto leży w łóżku?

- Mama, tata i mi – mówi Hela intonując w stylu „no co ty, nie wiesz?”

- Kto to jest mi? – pyta zachwycony Borsuk.

- Mi – mówi Hela i uderza się ręką w pierś.

- Ty? – dopytuję.

- Nieee – wyśmiewa mnie Helena. -  Tiii, mamo – pokazuje na mnie. – Tiu Miii – pokazuje na siebie.

Stało się! Po 17 miesiącach Hela uświadomiła sobie, że jest osobną istotą – samozwańczą Mi.

Następny tydzień przyniósł nam dużo wiedzy o „Mi”.

„Mi” lubi pieluchę z pieskiem na obrazku, a nie cierpi pieluchy z gąsienicą. Lubi przeglądać się w lustrze. Obiad jada tylko na talerzyku od babci, a soczek pije ze szklanki a nie z plastikowego kubeczka. Po za tym przed snem domaga się mycia zębów tylko po to, żeby, kiedy znajdzie się już w łazience, powiedzieć: „mama Mi nie myi** le***”.

Jak zwykle u Heli wszystko stało się z dnia na dzień i jak zwykle nie byłam na to gotowa.

 

nana* - leżeć

myi** - myć

le** *- zęby

 

dziecko, małe dziecko, dziewczynka, lalka, czarnobiałe, plac zabaw

16:19, pocztaklary
Link Komentarze (13) »
niedziela, 25 października 2009
40. Każde dziecko dostanie nóż

Przyznaję się! Tuż po urodzeniu Heli byłam nią tak zachwycona, że zaciągnęłam ją do telewizji, a raz chciałam nawet umieścić ją na okładce poczytnego miesięcznika. Podczas sesji spadła głową w dół z fotela i płakała tak przeraźliwie, że nie dało się zrobić „okładkowego” zdjęcia. To zdarzenie ostudziło moją chęć chwalenia się Helą.

Przyznaję się! Ciągaliśmy z Borsukiem Helę po specjalistach, bo prześladował nas lęk, że nie rozwija się prawidłowo.

Przyznaję się! Często porównuję Helę z innymi dziećmi, a kiedy widzę, że prześciga w czymś rówieśników, aż się zapowietrzam z dumy…

- Dziemy*, dziemy! Mama, dziemy tu! Mama! Tu dziemy – Hela prowadzi mnie do drzwi wejściowych.

- Nie kochanie, dziś nie idziemy. Pada deszcz i wieje wiatr. Chodź, porysujemy - prowadzę ją do stolika, ale Hela wyrywa się, biegnie do przedpokoju i z wielkim mozołem podnosi moje i swoje buty mówiąc: - Mama dziemy baby**. Dziemy nana***.

I wiem już, że dłużej nie da się tego odkładać, musimy z Helą pójść w miasto! Zacząć bywać w miejscach, gdzie Hela będzie mogła się wybiegać i spotkać inne dzieci.

Następnego dnia zapinając Helę w foteliku samochodowym opowiadam jej, że jedziemy gotować z panią śniadanie. Hela patrzy na mnie podejrzliwie, ale już za chwilę zaczyna monologować: - Buuu****, tani^, am^^, am, buła^^^, jajo.

Parkujemy przed starą fabryką na warszawskiej Pradze. Po czym wchodzimy do wypełnionej zabawkami sali. Hela omiata wzrokiem wnętrze, odwraca się szybko, ciągnie mnie za rękę i pewnym głosem mówi: - Mama, dziemy buuu.

- Zostajemy – mówię spokojnie. – Zobacz, będziemy gotować.

I wtedy Hela zauważa jedzenie. Widząc błysk w jej oku wiem już, że będzie dobrze

- Mama jaja. Tam jaja. Am am. – pokazuje na pobliski stolik i zabiera się do zdejmowania kurtki.

Zaczynamy od nakłuwania pomidora drewnianym szpikulcem.

Szpikulec? Żeby sobie oko wyjęła – myślę, ale nic nie mówię, tylko kontroluję każdy ruch jej ręki. Helena ma wielką frajdę z maltretowania pomidora, a ja znów staję przed dylematem, bo zadanie polega na stworzeniu z tego pomidora ludzika. I widzę, jak inni rodzice ukradkiem robią te ludziki za swoje dzieci i myślę: może ja też powinnam. W końcu jednak pozwalam Heli na totalną destrukcję pomidora.

- O, widzę, że Helenka nie weźmie pomidorowego ludzika do domu – mówi miła, ale napięta prowadząca. – A teraz zrobimy sałatkę. Każdy dostanie swoją porcję ugotowanych warzyw i nóż.

NÓŻ!? - krzyczę w myślach. A ja głupia martwiłam się o drewniany szpikulec.

Na szczęście nóż jest plastikowy i, o dziwo, Hela potrafi nim kroić.

Pani tytułowana już przez Helę „Tanią” pieje z zachwytu, że siedemnastomiesięczne dziecko jest takie sprawne manualnie.

- Tani! Tani! – Hela woła prowadzącą – myi, myi^^^^ –  i pokazuje oblepione ziemniakiem dłonie.

Pani prowadzi Helę do miski z wodą. Hela myje ręce,  wyciera je papierowym ręcznikiem, który następnie wyrzuca do kosza na śmieci.

Wow! - myślę zaskoczona kręcąc film z bezpiecznej odległości.

Teraz kolej na groszek. Helena bierze do jednej ręki plastikową łyżkę, do drugiej ziarenko groszku. Nakłada pojedynczy groszek na łyżeczkę i wrzuca go do miski z radosnym okrzykiem – Bam! bam! Po wrzuceniu pięciu groszków znów woła: Tani! Tani! Myi myi. Widząc, że pani jest zajęta zwraca się do mnie. Pomagam jej zejść z krzesełka,  ale kiedy staje na podłodze, od razu porzuca moją rękę i idzie samodzielnie myć ręce.

Na koniec zajęć „tani” daje dzieciakom wodę, mąkę i ryż. Te starsze przygotowują zaprawę murarską. Hela z otwartą buzią odkrywa magiczne właściwości mąki. - Mama, nie ma. Nie ma – powtarza radośnie szukając w wodzie mąki, którą dopiero co tam wsypała.

Jesteśmy zachwycone. Co prawda zajęcia są drogie i często nie biorą pod uwagę realnych możliwości dzieci, ale pokazują nowy wymiar osobowości Heli. Tego dnia w domu obiad gotujemy wspólnie: Hela obiera fasolkę i przyprawia rybę, a ja gotuję ryż.

Kolejne zajęcia utwierdzają mnie w przekonaniu, że hoduję w domu geniusza. Okazuje się, że Hela nie tylko potrafi gotować, ale też rysuje, lepi z ciastoliny no i oczywiście mówi. Czasem lepiej od dwulatków. Do tego sprząta po zabawie, nawiązuje dobry kontakt z prowadzącą i umiarkowanie boi się rówieśników. Kiedy Hela po raz pierwszy w życiu widzi i słyszy grającą na pianinie panią podbiega do instrumentu każe się podsadzić i uderza rytmicznie w czarne klawisze.

- Może Hela mogłaby uczyć się gry na skrzypcach? – atakuje mnie po zajęciach prowadząca.

- Jak kiedyś będzie chciała, to oczywiście – odpowiadam zdroworozsądkowo.

- Ale wiele dzieci zaczyna naukę, kiedy jest w wieku Heli.

Śmieję się – a kto im trzyma te skrzypce?

Pani pomija milczeniem moją ignorancję: - Proszę się zastanowić.

W drodze powrotnej staram się utemperować moje narcystyczne wyobrażenia o Heli. W końcu dzwonię do Borsuka.

- Musisz to zobaczyć, nasza córka jest prymuską. Cieszy się na każde nowe zadanie. Jest wpatrzona w Panią.

- Przesadzasz z tymi zachwytami.

- Musisz to zobaczyć.

Po sobotnich zajęciach Borsuk nadyma się bardziej niż ja. Razem wyglądamy teraz jak biust Pameli Anderson.

- Te dzieci były od niej starsze o rok. A ona wiodła prym. Widziałaś to?

- A nie mówiłam.

W niedzielę wybieramy  się do „Obiektu Znalezionego” - kafejki pod „Zachętą”.  Słyszeliśmy, że otwierają się na rodziny z dziećmi. Pewnie chodzi o to, że kiedy młoda warszawka odsypia po imprezach, lokal świeci pustkami, a wiadomo rodziny z dziećmi wstają wtedy, kiedy ci pierwsi kładą się spać.

Od drzwi atakuje nas głośna muzyka i migające światła, które wprowadzają nerwową atmosferę. Młode animatorki ze zmęczenia, a może ze strachu chowają się w ciemnych zakamarkach.  Ewidentnie szczegóły wymagają jeszcze dopracowania, ale otwarcie się na dzieci jest zawsze godne pochwały.

Zajmujemy  miejsce przy stoliku z kredkami.  Już po minucie podchodzi do nas śliczna mała dziewczynka w dżinsowej spódniczce.

- Cześć - mówię do niej z szerokim uśmiechem, żeby zachęcić do kontaktu Helę.

Dziewczynka patrzy na mnie z wyrazem twarzy, który mówi: „Czego ta baba ode mnie chce?”. Po chwili wyrywa Heli niebieską kredkę i próbuje ją zjeść.

- Słuchaj, kredki są do rączki, nie do buźki – próbuję zabrać jej kredkę, ale mała patrzy na mnie zimno i bezkompromisowo. Odpuszczam. Dziewczynka ucieka.

Hela jest zmieszana. Jej wczorajsza odwaga i pewność siebie znikają. I nagle moja optyka się zmienia. Kandydatka na skrzypaczkę staje się znów małą dziewczynką.

Kiedy tak przyglądam się Heli w nowym świetle, zjawia się smakoszka kredek. Tym razem czai się na łososiową, ale jestem szybsza. Na widok dziewczynki Helenę paraliżuje strach. Mała to wyczuwa i łapie ją za nos. Hela zanosi się od płaczu. Dziewczynka dziwi się, ale sprawdza, czy jeśli dotknie jeszcze raz, to Hela znów zapłacze. Działa bez pudła. Ratuję Helenę biorąc ją na ręce i obserwuję z góry poczynania dziewczynki. Jest odważna, szybka, bezkompromisowa, niespotykanie ciekawa świata, a do tego szybko się uczy. W tym miejscu to ona króluje. Mama dziewczynki narzeka trochę na uciążliwość takiego temperamentu, ale obydwie wiemy, że takie cechy mają zdobywcy świata. Oczywiście mam świadomość, że Hela nie jest ani gorsza, ani lepsza od tej dziewczynki - jest po prostu inna.

Ta historia uczy mnie nie tylko pokory, ale uświadamia mi, jak trudno jest nie umieszczać w dziecku swoich niezrealizowanych, a czasem nawet nie uświadomionych ambicji.

Nadal uważam, że jeżeli to możliwe, dobrze jest w pierwszych latach życia dziecka poświęcić mu jak najwięcej swojego czasu. Ale pomału dociera też do mnie, że - dla mojego i Heli dobra - czas już realizować się na innych polach niż tylko macierzyństwo.

 

Słowniczek Heli:

Dziemy* - idziemy, idę, poszłyśmy, poszłam.

Baby** - piasek, piaskownica, babka z piasku, ciastolina, mąka.

Nana*** - wózek, spacer, leżeć, spać, poduszka, odpoczywać.

Buuu**** -  samochód, jechać samochodem

Tani ^ - pani (Tan –pan)

Am ^^ - jeść, jedzenie (Mniam – smaczne)

Buła^^^ - bułka

Myi ^^^^ - myć, kąpać się.

13:54, pocztaklary
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 września 2009
39. Sama mama

- Cieszę się, że oddzwoniłeś – mówię z ulgą do słuchawki.

- Coś pilnego? – przestraszył się Borsuk.

- Nie. Chciałam tylko pogadać.

- Teraz nie mogę, za chwilę mam zebranie, czy to może zaczekać do wieczora?

- Może – kłamię.

Samotność zawisa mi łzami na spłowiałych rzęsach. Jest piękne wrześniowe popołudnie. Helena śpi w wózku, a ja siedzę za pomnikiem Szopena i obserwuję, jak tłumy młodych par ciągną do Łazienek. Panny młode w bezach pozują z całych sił na tle czerwonych róż. Lekko ugięta nóżka, swobodnie spadający kosmyk, przeciągły pocałunek. Jakie to naturalne, spontaniczne i oryginalne. Czy ta moda na sesje ślubne się w Łazienkach Królewskich bierze się z marzenia o byciu królewną? Czy już nie można sfotografować się w innym parku? Normalnie mi to nie przeszkadza, ale dziś muszę to obśmiać.

Przy szóstej parze nuży mnie nabijanie się z drobnomieszczańskich upodobań. Nic nie pomaga. Czuję się samotna, niewygadana i opuszczona. Jeszcze raz biorę do ręki telefon i kontakt po kontakcie przeglądam moją książkę telefoniczną. Niestety, nie ma już żadnego kandydata do zadzwonienia. Od jakiegoś czasu mój telefon milczy. I to nie tylko dlatego, że nikt do mnie nie dzwoni, ale też dlatego, że nikt do mnie nie oddzwania. Dlaczego?!

Wiem, że dużo mówię o Helenie, ale czy stałam się jedną z TYCH matek… tych nudnych rozmawiających o kupach niemowlaków?! A może to dlatego, że nie jestem już tak błyskotliwa. Od jakiegoś czasu obserwuję u siebie wyraźny spadek formy intelektualnej. Po za tym jest wrzesień – wszyscy spięli pośladki po wakacjach, a ja zawsze jestem na luzie. Może to ludzi wkurza, a może po prostu nie mają czasu. Ale wszyscy na raz? Nawet Borsuk?

Oczywiście nie żyję na bezludnej wyspie, chodzę na place zabaw, bywam w knajpach dla mam z dziećmi i odbywam tam wiele rozmów, ale mam wrażenie, że jest to jedna i ta sama rozmowa.

- Ile ona ma? – pyta sympatyczna pani w piaskownicy.

- Szesnaście miesięcy – odpowiadam robiąc babkę, którą Hela natychmiast burzy.

- Drobna jest. Kazik ma dziesięć – mówi dumna babcia i pokazuje rosłego chłopca w drugim końcu piaskownicy. – Kupujemy mu już ubrania na metr.

- Wow! Duży chłopak.

- Ile ona ma? –  rytualnie zaczyna rozmowę dziewczyna z modnie zamotaną na szyi chustą.

- Szesnaście miesięcy – odpowiadam.

- Marianka ma czternaście – pokazuje dziewczynkę wspinającą się na zjeżdżalnię.

- Wow! Świetnie sobie radzi.

- Zaczęła chodzić, jak miała dziesięć miesięcy.

- Helenka miała trzynaście, więc nie jest jeszcze taka sprawna.

- Ile on ma? – pytam silną wewnętrznie blondynkę z grzywką.

- Antoś? Właśnie skończył rok – mówi dziewczyna goniąc chłopca z łyżeczką zupki.

- Nie chce jeść?

- Co ja się z nim mam. Chce tylko mleko z butelki.

- Helenka je wszystko i w każdej ilości. Po za tym potrafi jeść sama łyżeczką.

Na dźwięk słowa „je” Helenka wstaje, otrzepuje rączki podchodzi do mnie i mówi: - Mama am. Mama am.

- Nie Helenko, jeszcze za wcześnie na obiad.

Hela patrzy na mnie ze smutkiem i wraca do piaskownicy mówiąc sobie pod noskiem: - Nie ma amy, nie ma amy.

- Ale pani ma dobrze – zazdrości mi mama Antosia.

Tak jest codziennie. Aż sama się dziwię, że nigdy nie spotykam tych ludzi drugi raz. A może ich spotykam, tylko nie rozpoznaję.

Chyba już czas wrócić do pracy. Ale o czym ja tam będę rozmawiać?

- Fajny garnitur.

- Dzięki. Fajna koszula.

- Dzięki. Jak weekend?

- Świetnie. Super warunki na… a) szybowce, b)windsurfing, c) tenisa. A twój?

- Dużo roboty. Projekt dla iksa się rozkręca.

- Świetnie. To powodzenia.

No właśnie, czy „drobne” rozmowy w piaskownicy różnią się od „drobnych” rozmów korporacyjnych?

 

niemowlę, dziecko, uśmiechnięty niemowlak, ładna dziewczynka

23:11, pocztaklary
Link Komentarze (25) »
niedziela, 23 sierpnia 2009
38. Klątwa rodzinna

Zrywam się i biegnę w ciemnościach do Heleny. Wpadam na krzesło. Wyczuwam po omacku jej  głowę - twarz ma mokrą od gorących łez.

- Kochanie, co się stało? – pytam zaniepokojona, bo ostatnio Hela sypia dobrze. Chcę ją przytulić, ale ona wije się jak piskorz na moich rękach i krzyczy: - NIE! NIE!

Zapalam bladą lampkę i próbuję  pogłaskać ją po głowie. Patrzy na mnie ze strachem, jakby spodziewała się czegoś najgorszego, a po chwili, płacząc głośno, kopie mnie w brzuch i się wyrywa. Odkładam ją do łóżeczka. Ucieka w najdalszy jego kąt, odwraca się do mnie plecami i przeraźliwie woła Borsuka: - TAAAAATAAAAA! TAAAATAAA!

Co o tym myśleć, co robić? Borsuk był dziś wykończony po pracy i chciałbym mu oszczędzić nocnej pobudki. Ale sama czuję się zagubiona.

Rozpaczliwe wołania Heli w końcu budzą Borsuka. Kiedy wchodzi, Helena od razu się uspakaja. – Tata, tata, tata, tiu, tiu – przywołuje go do siebie i wpada mu z ulgą w ramiona. Znam to jej odetchnięcie. Robi je zawsze, kiedy dostanie coś, o co walczy.

Moje kolejne próby dotknięcia jej, a nawet zbliżenia kończą się zawsze tym samym - krzykiem i strachem, który płonie w jej oczach jakimś szalonym blaskiem. Nie chcę się z tym pogodzić, więc biegnę do niej za każdym razem, kiedy znów się budzi, ale ona chce tylko Borsuka.

Rano czuję się fatalnie. Trochę z niewyspania, ale przede wszystkim z powodu odrzucenia. Tymczasem Helena zachowuje się jakby nigdy nic. Standardowo przytula się do mnie, przechodzi między moimi nogami, wyciąga ręce i pełnym uwielbienia głosem mówi: - Mama.

Patrzę oniemiała na Borsuka.

- Może ona lunatykuje – rzuca Borsuk.

- Gdyby lunatykowała, to nie musiałbyś jej usypiać, bo przecież by spała.

- Dziwne – mówi Borsuk i nie wdając się ze mną w rozmowy i biegnie do pracy.

Kolejne pięć nocy wygląda tak samo, a ja zaczynam rozpoznawać u siebie stany depresyjne. Borsuk jest zupełnie pochłonięty pracą i niewyspany, a Helena w czasie dziennej drzemki budzi się co pół godziny i za każdym razem widzi we mnie zło wcielone. I nie mam z kim o tym pogadać, bo wszyscy są na wakacjach.

Kusi mnie, jak Harry’ego Pottera kiedy spotka Dementorów, żeby wejść w tę otchłań i cierpieć, żeby zacząć w sobie pielęgnować poczucie, że „wyhodowana na własnej piersi córka mnie odrzuciła, przestała kochać”. Ale w końcu postanawiam się z tym zmierzyć.

- Po pierwsze wgląd. Po drugie lektury. Po trzecie dedukcja – mówię do siebie.

Szybko znajduję odpowiedź na pytanie, dlaczego tak mnie to rusza. Klątwa rodzinna. W mojej rodzinie od czterech pokoleń powtarza się ten sam schemat: matka i dwie córki. Zawsze trudne relacje, apogeum w okresie dorastania, zerwanie kontaktu i trudny bolesny powrót, który nigdy nie przynosi spodziewanej ulgi.

Oczywiście w klątwy nie wierzę. Nie wierzę też w ustawienia rodzinne Hellingera. Ale wierzę, że wiele rodzin bezwiednie powiela schematy poprzednich pokoleń. Znałam kiedyś pewnego Woolfa, blisko spokrewnionego z Wirginią Woolf. Traktował on samobójstwo jak jeden ze sposobów radzenia sobie z niepowodzeniami. Tak, jakby tabu śmierci z własnej ręki było w nim przełamane, a kolejne samobójstwa w jego rodzinie zdawały się dawać coraz większe na nią przyzwolenie.

Czy moja rodzina też utknęła w takim zaklętym kręgu?

Jeśli tak, muszę to przezwyciężyć. Muszę zrozumieć, gdzie leży powód tych międzypokoleniowych konfliktów i coś zmienić.

- Mamo - pytam nieśmiało – czy ja cię kiedyś kopnęłam, kiedy chciałaś mnie przytulić?

- Ciągle to robiłaś. Z całych sił mnie odpychałaś i nigdy nie chciałaś pocałować. Mówiłaś, że śmierdzę.

- A zanim zaczęłam mówić?

- Też mnie odpychałaś. W końcu przestałam cię przytulać, bo myślałam, że tego nie chcesz.

- Ale wiesz, że chciałam?

- Nigdy nie chciałaś.

- Przecież byłam dzieckiem, jak mogłam nie chcieć przytulania własnej matki.

- Nie wiem, ale ja ci ufałam. Ty zawsze najlepiej wiedziałaś, czego chcesz, więc ja cię słuchałam.

- Przecież byłam dzieckiem. To ja ciebie powinnam słuchać, a nie ty mnie – próbuję rozmawiać z matką, ale czuję, że to ją uraża i zaraz zaczniemy raniącą obie strony rozmowę.

Więc to jest próba – myślę sobie  po rozmowie z matką – Helena sprawdza, czy będę przy niej mimo odrzucenia.

Wieczorem nie mogę usnąć, czekam na jej pierwsze przebudzenie. Kiedy słyszę dramatyczne taaataaa, biegnę i biorę ją na ręce. Hela wyrywa się i wrzeszczy. Przytulam ją mocniej, żeby poczuła, że się nie zrażam i wtedy dzieje się coś dziwnego. Helena wymiotuje na mnie.  Wymiotuje jak dorosły – mocno i obficie.

- Taaa – mówię zrezygnowana pod nosem oddając Helę Borsukowi.

- Jest do ciebie bardzo podobna  - dodaje Borsuk.

Faktycznie, ja też tak reaguję na trudne sytuacje. Kiedyś obrzygałam kanara, który mnie złapał bez biletu.

A może moja matka ma rację, może nie można przełamać takiego oporu. Może dziewczynki w naszej rodzinie rodzą się z niechęcią do własnej matki – zasypiam pogrążona we wspomnieniach z dzieciństwa.

Budzę się dopiero rano. Okazuje się, że Borsuk wstawał pięć razy, ale ja się nie obudziłam.

Postanawiam porzucić wgląd na rzecz lektur. Tego dnia odkrywam też, że Hela ma w buzi cztery ogromne gule w miejscach, gdzie pewnie lada dzień przebiją się czwórki. Wygląda śmiesznie, jakby sobie czegoś napchała do policzków.

- Kochanie, odkryłam właśnie, że Heli rosną czwórki i to dlatego tak się budzi w nocy – mówię przez telefon do Borsuka.

- Ale dlaczego tak źle reaguje na ciebie? – pyta błagalnie, bo nie spał już siedem nocy.

- Nie wiem, ale się dowiem.

Daję Heli panadol, usypiam ją w hamaku i niczym goniona przez czas bohaterka kryminału przekopuję się przez kolejne psychoanalityczne i psychologiczne lektury. I w końcu wszystko układa mi się w głowie.

Niemowlak nie rozumie bólu. Nie wie, że płynie z jego organizmu, myśli, że zadaje mu go ktoś z zewnątrz, najczęściej matka, bo to z nią jest najbardziej związany i to ona dba o jego komfort. Niemowlę myśli sobie, że skoro matka zapewnia mu dobre samopoczucie, to cierpi też przez nią.

Czy walcząc ze mną, Helena walczy z bólem? Prawdopodobnie tak. W jej snach jestem pewnie negatywnym fantazmatem, który ją krzywdzi. Przecież Hela słabo jeszcze radzi sobie z emocjami, zwłaszcza negatywnymi, więc zachowuje się tak, żebym to ja - za nią - poradziła sobie z bólem i złością. I moim zadaniem jest skontenerować  i zneutralizować te uczucia.

Pewnie nie każdy w to uwierzy, ale w momencie, w którym to ZROZUMIAŁAM, wszystko się zmieniło. Hela przestała źle na mnie reagować. Razem poradziłyśmy sobie z tym ząbkowaniem.

22:25, pocztaklary
Link Komentarze (14) »
środa, 22 lipca 2009
37. Rozbój w piaskownicy

- Baby. Baby. Baby – powtarza Hela i kładzie mi na kolanach łopatkę.

- Tak kochanie, pójdziemy do piaskownicy – mówię spokojnie i popijam poranną kawę.

- Baby. Baby. Baby – Hela najwidoczniej nie chce czekać.

- Słoneczko nie możemy iść do piaskownicy o 7:30.

- Baby. Baby. Baby – Helena zabiera łopatkę z moich kolan i niesie ją Borsukowi, który właśnie wychodzi z łazienki.

Fascynacja piaskiem przerasta nasze najśmielsze oczekiwania. Nie przypuszczaliśmy, że roczne dziecko może przez pięć godzin przesypywać piasek z ręki do ręki nie ruszając się z miejsca. Hela jest zachwycona, ale ja… nudzę się nadzorując to przesypywanie. Obserwuję więc ludzi. I wciąga mnie to jak brazylijska telenowela.

Mokotów. Zacieniona piaskownica w jednym z parków.

Ładna, na oko pięcioletnia dziewczynka w stylowym kapeluszu podchodzi do Heleny i zabiera jej konewkę. Hela jest tak zaskoczona, że chowa się za mnie i zerka tylko ukradkiem, co się dzieje.

- Słuchaj, to nieładnie tak wyrywać komuś zabawkę – mówię spokojnie do dziewczynki. Jeśli chcesz coś pożyczyć, nie ma sprawy, ale warto wcześniej zapytać.

Dziewczynka śmieje się ze mnie, podbiega i zabiera wiaderko. No to otwieramy nowy rozdział - myślę i nie mam pojęcia, jak się zachować. Pięciolatka podchodzi i obsypuje nas piachem. Robi to spokojnie i metodycznie jakby sprawdzając moją cierpliwość.

- Dość. Nie wolno sypać piachem – jestem stanowcza.

- Julia, jogurt – podchodzi starsza pani i nie zwracając nie mnie uwagi karmi dziewczynkę. Właściwie to nie zwraca uwagi na nic. Po prostu mechanicznie macha łyżeczką często nie celując w usta Julii. To ignorowanie świata jest wyjątkowo irytujące i jest wyrazem biernej agresji. Kiedy jogurt się kończy, kobieta odchodzi, siada na pobliskiej ławce i wyciąga krzyżówki. Julia zaczyna tarzać się w piachu, ale ponieważ nie reaguję, szybko porzuca to zajęcie na rzecz głaskania mnie po ręce. Bardzo mi szkoda tej zaniedbanej dziewczynki, która wręcz błaga o wyznaczenie granic. Ale czy mamy prawo wtrącać się w wychowanie innych dzieci? Przecież jeszcze niedawno wyżywałam się w internecie na parze staruszków, którzy skrytykowali mnie za całowanie Heli w usta.

Ta sama piaskownica. Godzinę później.

Uginający się od tatuaży mięśniak, utemperowana szarowłosa pani i ich trzyletni syn zmierzają rytmicznie w stronę piaskownicy. Matka siada na ławce, a ojciec bierze dzieciaka za rękę i prowadzi do piachu. Facet czuje się nieswojo. Usiąść? Kucnąć? Stać? Mam wrażenie, jakby był na placu zabaw po raz pierwszy.

- No kop. Kop! – rozkazuje władczo synowi.

Dzieciak patrzy na niego ze zdziwieniem.

- No kop. Mówię, żebyś kopał, słyszysz? – syczy na malca.

Chłopiec  rozdziawia buzię i patrzy na ojca z niedowierzaniem.

- Kop!

W końcu syn ulega. Podchodzi do ojca i z impetem kopie go trzy razy w nogę.

- Co ty robisz?! – krzyczy ojciec.

- Kopię – rozbrajająco odpowiada malec.

Wybucham niekontrolowanym śmiechem. Ojciec się nie śmieje. Jest jak balon, z którego ktoś właśnie spuścił powietrze. Urażony odchodzi bez słowa zostawiając zdezorientowane dziecko.

Szybko przestaję się jednak śmiać, bo chłopiec pędzi jak taran w stronę Heli i próbuje wyrwać jej łopatkę. Nie reaguję. Helena dzielnie broni swojego dobytku. W końcu jednak malec wali ją w rękę i zdobywa upragniony łup.

- Pani syn bije moją córkę – czuję się jak skarżypyta odwołując się do matki chłopca.

- Przecież to tylko dzieci. Do wesela się zagoi – bagatelizuje obojętna matka.

Rozglądam się za ojcem chłopca, ale najwidoczniej poszedł już do domu.

Jestem przewrażliwiona, czy brak mi doświadczenia? Jak zachowywać się w takich przypadkach? Czego uczyć Helę? Jak sprawić, żeby nie biła innych dzieci, ale nie czuła się też ofiarą?

A może póki co powinnam kupić Heli piaskownicę i postawić ją na tarasie. Może dla nas obydwu jest jeszcze za wcześnie na naukę życia w dziecięcym społeczeństwie?

 

piaskownica, chłopiec w piaskownicy

 

18:25, pocztaklary
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 13 lipca 2009
36. Kiedy zginie coś ważnego

- O, pałeczki! Zobacz Helenko jakie ładne. Jadłam nimi pyszne krewetki w chińskiej knajpie w Amsterdamie - Helena zauważa szufladę, którą położyłam na podłodze i natychmiast przyraczkowuje bliżej. – Kiedyś na pewno pojedziemy do Amsterdamu – wzdycham i wyobrażam sobie, jak przeciskam się wózkiem między naćpanymi i pijanymi Angolami.

Szuflada w kuchennym stole ma ponad pół metra głębokości. Odsuwamy ją tylko po to, żeby wrzucić tam przedmioty, z którymi nie wiadomo co zrobić. Ale kiedy zginie coś naprawdę ważnego…

Helena od razu wygrzebuje sobie serwetniki. Siada i z namaszczeniem uderza jednym o drugi mówiąc głośno: BAM! – Wiesz kochanie, kiedyś mama i tata często zapraszali gości. Zapalali wtedy świece i elegancko dekorowali stół – znów wzdycham. Te czasochłonne zabiegi wydają mi się teraz bezsensowne.

- O, klucze do biura. Hmm jednak to ja je miałam.

- O, sianko. I drugie. O, i trzecie – wyjmuję z szuflady trzy zafoliowane porcje wigilijnego sianka. – Hela rzuca się na nie z zainteresowaniem. – Nakarmimy nim konia w Łazienkach – cieszę się, że siano nie leżało w naszej kuchni przez te lata na darmo.

- No nie, nie wierzę. Co tu robi mój pamiętnik z podstawówki - otwieram na chybił trafił. – Teraz Helenko przeczytam ci, co myślałam w szóstej klasie podstawówki: „ Podoba mi się tyle chłopaków, że czasem myślę o wizycie u psychiatry. To chyba nie jest normalne. Na przykład dzisiaj kokietowałam takiego metala Radka, jego kumpla Tylka i jeszcze kilku innych chłopaków z jego klasy. Laliśmy się wodą. To było okropne i ekscytujące zarazem. Na koniec wzięłam butelkę do podlewania kwiatów i wylałam Tylkowi na głowę. Wolałabym Radkowi, bo bardziej mi się podoba, ale za szybko uciekał.”

- Dobra kochanie, to chyba wystarczy - powiedziałam do Heli, ale ona skupiała się na szeleszczeniu siankiem.

Borsuk wrócił z pracy niespodziewanie. W ferworze studiów nad szufladą nie zauważyłyśmy z Helą, że już szósta.

- Znowu sprzątasz? Dlaczego?

- Normalnie. Ludzie sprzątają na wiosnę.

- Borsuk się roześmiał. A od kiedy to ludzie mają na ciebie taki wpływ.

- Nie ludzie tylko pora roku.

- Dobra, nie ściemniaj tylko mów, co się dzieje.

- Naprawdę nic. Przecież  ja nie rozładowuję napięcia sprzątaniem.  To raczej sprzątanie mnie napina.

- No właśnie. Przez pierwsze dwa dni milczałem, ale dziś zaczynam się poważnie niepokoić .

- Coś mi zginęło.

- Co?

- A ty jak zwykle od razu do sedna. Co? Co? Co? - COŚ. Gdybym chciała ci powiedzieć to bym powiedziała na przykład karta kredytowa mi zginęła.

-  Ty nie masz karty kredytowej.

- I całe szczęście, bo jeszcze bym ją zgubiła.

- Ale dlaczego pomyślałaś, że to COŚ jest w tej szufladzie. Przecież nigdy do niej nie zaglądamy.

- Bo wszędzie indziej już sprawdziłam. Nawet na półkach za książkami. Nawet na tych pod sufitem.

- Czyli to coś płaskiego lub małego. I do tego cennego skoro przetrząsnęłaś całe mieszkanie.

Helenka podnosi z podłogi kolejne przedmioty i przynosi pokazać Borsukowi: Dziękuję kochanie, to jest wachlarz, a to stara pieczątka, a to…

- Co to jest? – Borsuk zwraca się do mnie i pokazuje wypolerowany fragment silnika, który dostałam kiedyś na urodziny od mojego zwariowanego przyjaciela.

- To jest ważna część serca samochodu. I nie. To nie tego szukam.

- Daj już spokój z tym szukaniem. Cokolwiek to jest, na pewno można to odkupić.

I wtedy wybucham płaczem. Normalnie siadam na dywanie i łkam. Łzy lecą mi po policzkach jak beksa lali. – No właśnie, że nie da się. Bo to… pierścionek zaręczynowy.

- Borsuk blednie. Twój ukochany pierścionek?! – siada obok i nerwowo się buja. - Jak to się stało?

- Albo ukradł go pan z elektrowni. Albo przez przypadek go wyrzuciłam. Jakiś czas temu w szufladzie, w której zwykle trzymałam pierścionek, znalazłam zużytą pieluchę. Pewnie się pomyliłam i pieluchę wrzuciłam do szuflady a pierścionek do kosza. To typowy błąd wynikający z powtarzalności działań.  Stąd wypadki na taśmach produkcyjnych.

- Czyli musisz wziąć urlop.

Popatrzyłam na Borsuka z bezsilnością.

- Nie ma gadania w przyszłym tygodniu lecimy do Grecji.

08:20, pocztaklary
Link Komentarze (2) »
środa, 24 czerwca 2009
35. Nie mów nikomu

- Kochanie przecież lubisz mleczko. Spróbuj. Proszę. Błagam. – W kącikach oczu błysnęły mi łzy. – Zobacz, cyc – wystawiłam na wierzch pierś. Hela uśmiechnęła się słodko, położyła na niej delikatnie główkę i wydawała się rozanielona. Po chwili jednak zerwała się i zaczęła rytmicznie powtarzać da, da, da. Jej palec wyraźnie wskazywał butelkę.

niemowlę, niemowle, dziecko,niemowlak, ładne dziecko

 

Jak to możliwe, że wybrała butelką – mruczałam pod nosem przygotowując mleko. – Po jedenastu miesiącach absolutnej fascynacji piersią nagle z własnej woli przerzuciła się na sylikonowy substytut? Dlaczego!?

Smak ciepłego mleka z najnowocześniejszego laboratorium i dotyk jędrnego smoczka wyraźnie rozluźnił Helę. Wtopiła się w moje ramiona i rytmicznie, żeby nie powiedzieć łapczywie, wypiła 260 mililitrów. Zrelaksowaną wzięłam ją do naszego łóżka. Radośnie krzyknęła tata i wdrapała się na Borsuka.

- Znowu nie chciała piersi – powiedziałam grobowym tonem.

Zaspany Borsuk skupił się na Heli.

- Słyszysz, co ja mówię? – irytowałam się.

- Słyszę.

- I to cie nie martwi?

- Przecież kiedyś musiał przyjść ten moment – Hela stała na ramionach Borsuka, trzymała się ramy łóżka i podskakiwała.

- Ale tak mi smutno. Nie byłam na to jeszcze gotowa. To rodzice powinni decydować o takich rzeczach, a nie dzieci.

- To kwestia nie z tego aktu. Zostaw ją sobie na za piętnaście lat – Borsuk śmiał się ze mnie, a ja nie dostrzegałam komizmu sytuacji.

- Ale ja chcę i mogę jeszcze karmić! – ponieważ Hela odmówiła piersi już poprzedniego dnia sprawdziłam za pomocą laktatora, że mam mleko.

- Nie cieszysz się? W końcu napijesz się wina i kawy z mlekiem?

Pewnie, że miałam już dosyć kawy rozcieńczanej ryżową breją, którą szumnie nazywa się mlekiem no i marzyłam o lekkim mrowieniu nóg, jakie wywołuje alkohol, ale karmienie piersią…

- Nie zrozumiesz tego – rzuciłam na odczepne i postanowiłam porozmawiać z jakąś matką.

 

- I ty się tym martwisz? – Jana, której dziecko wykarmiła koleżanka z akademika nawet nie próbowała mnie zrozumieć.

Zadzwoniłam do Elizy, która jako jedyna moja znajoma ma trójkę dzieci.

- Mikołaj walczył o pierś nawet po urodzeniu Józka – skarżyła się. – Wyobrażasz to sobie? Ja tu ledwo przytomna karmię noworodka, a z drugiej strony podkrada się do piersi czterolatek.  Jak mu raz powiedziałam, że ludzie się z niego śmieją, to mi odpowiedział, że po co ludziom głupoty opowiadam. Ty lepiej nie mów nikomu o tym swoim „problemie” – z tonacji głosu poznałam, że Eliza robi palcami cudzysłów – bo tylko ludzi wkurzasz. Brzmi, jakbyś się chełpiła, że twoje dziecko jest lepsze od innych.

Super, nie dość, że czuję się podle, to jeszcze nie mogę gadać o tym z innymi matkami, bo wychodzę na chwalipiętę. Postanowiłam zadzwonić do Zuzy, która co prawda nie ma dzieci, ale za to ma zdanie na każdy temat.

- Zwariowałaś? Jak to już nie karmisz? I co teraz będziesz jej dawać? Chyba nie te sztuczne mieszanki? Błagam cię, tylko nie dorabiaj chciwych koncernów. Na przykład Jaga Hupałło karmiła swojego syna do siódmego roku życia.

- Zuza, kto to jest Jaga Hupało?

- A ty zawsze taka nie zorientowana. Zacznij w końcu czytać plotki, bo jak wrócisz do pracy nie będziesz miała o czym z ludźmi pogadać. To jest fryzjerka gwiazd. Bierze pięćset złotych za konsultację.

- I uważasz, że powinnam brać przykład z drogiej fryzjerki?

- Nie trywializuj. Zresztą skoro wiesz lepiej, to po co pytasz.

Fakt. Po co ja w takiej sprawie dzwoniłam do Zuzy.

Wybrałam numer Julii. Jest najrozsądniejszą z matek, które znam i dlatego czasem aż boję się pytać ją o radę.

- Też było mi ciężko – co za ulga ktoś w końcu okazuje mi zrozumienie – trzeba to po prostu odżałować jak każdą cenną rzecz, którą się traci.

Żałoba po karmieniu Heli trwała trzy dni. Kiedy minęła pojawiła się nowa tęsknota… za dawnym jędrnym biustem. Podobno jeszcze wróci. Oby!

22:21, pocztaklary
Link Komentarze (11) »
czwartek, 11 czerwca 2009
34. Całuję dziecko w usta

Helena śpi w wózku, a ja czytam „Związki miłosne” Kernberga.  Park jest prawie pusty. Niespodziewanie obok mnie siada starsza para. Srebrne włosy pana w połączeniu z szykownym prochowcem wzbudzają sympatię. Pani jest mniej stylowa - siada w dużym rozkroku pokazując mi żylaki. Rozglądam się. Wokół fontanny jest przynajmniej 10 wolnych ławek. Dlaczego oni wybrali moją?!

- Wyłączyłeś maszynkę? – głośno pyta pani wachlując nieznacznie nogami.

- Wyłączyłeś, wyłączyłeś – elegancki pan nieelegancko przedrzeźnia panią.

Zaczynam bujać wózkiem i dyskretnie daję im znaki, że dziecko śpi. Udają, że tego nie widzą. Rozsądna część mnie chce wstać i pójść , ale ta mniej rozsądna już się sposobi do walki. No bo skoro już wytarłam tę ławkę do sucha, to dlaczego mam z niej teraz zrezygnować?

- Przepraszam, czy mogliby państwo trochę ciszej? Dziecko śpi.

Patrzą na Helenkę, która delikatnie uśmiecha się przez sen.

- No i co z tego? Przecież to park – odpowiedź jest bardzo agresywna.

- Patrz no! Tym młodym to się teraz w głowach poprzewracało – mówi pani do pana zupełnie mnie ignorując. – Wszędzie te dzieci ciągają i jeszcze bezczelne takie.

- Spać to do domu! – pan wyciąga rękę i pokazuje mi kierunek.

A więc o to im chodzi. Nie mogli pomieścić złych emocji, więc przyszli do parku komuś je sprezentować. I padło na mnie. Ale dałam się podejść!

Oczywiście Hela się budzi. Na szczęście, w przeciwieństwie do państwa, ma wyśmienity nastrój. Uśmiecha się szeroko prezentując siedem zębów. Po kilku sekundach moje negatywne emocje też znikają. Biorę ją na ręce i całuję w usta. Hela odwzajemnia mój pocałunek. Przykładamy nosek do noska, a potem robię jej samolot. Później całuję ją w czoło, oko, drugie oko, nosek, policzek, drugi policzek, w ucho, drugie ucho, brodę, usta, a na koniec Hela pokazuje mi język i znów całujemy się w usta.

Tego starsi państwo już nie wytrzymują.

- To obrzydliwe - komentuje pan.

- Pedofilia – wtóruje mu pani. – Dziecko w usta całować – kto to słyszał?

- I to przy ludziach!

Początkowo ich oburzenie mnie zaskakuje, ale po chwili dociera do mnie, że ludzie zaprzeczają seksualności dzieci. Sama kiedyś tak bym zareagowała, całowanie dzieci w usta wydawało mi się nie na miejscu.

Ale od kiedy jestem mama postrzegam to zupełnie inaczej. Czytam też Kernberga i wiem, że jestem dla Heli pierwszym obiektem seksualnym. W jego „Związkach miłosnych” przeczytałam o badaniach pokazujących, że zdolność do podniecenia seksualnego zaczyna kształtować się w niemowlęctwie przez przyjemne i satysfakcjonujące doznania w relacji z matką. Seksualność dzieci ma niewiele wspólnego z seksualnością dorosłych, nie można jej jednak zaprzeczyć. Wiem już też, że jeżeli Hela będzie czuła się wystarczająco bezpiecznie, wkrótce fascynację mamą zmieni na fascynację tatą. Zakocha się w Borsuku pierwszą, romantyczną, nieszczęśliwą miłością. Będzie chciała za niego wyjść, będzie chciała, żeby ją kąpał i całował. Oczywiście on delikatnie ją odtrąci, a Hela w końcu pogodzi się z tym odtrąceniem.  Jeśli to wszystko się uda, w przyszłości  będzie zdolna budować szczęśliwe i trwałe związki miłosne.

Póki co całuję swoją córkę w usta. Uwielbiam to i dopóki ona nie powie mi „mamo, daj już spokój”, będę to robiła.

A Wy?

12:50, pocztaklary
Link Komentarze (17) »
niedziela, 24 maja 2009
33. Na biegun z dzieckiem

- Jeżeli zrobię w tym tygodniu jeszcze jedno pranie, to zwariuję - powiedziałam do Zuzanny, która od kwadransa narzekała na biurowe koterie.

Zuzanna milczała. Najwyraźniej uraziłam ją zestawiając jej problemy z moim trywialnym praniem.

- Jesteś tam? - zapytałam.

- Hym - chrząknęła.  - Ale wyskoczyłaś z tym praniem. Jak to się ma do mobbingującego mnie Piotra i molestującego Zbyszka?

Jak jej to wytłumaczyć? - myślałam. Czy zadbana singielka z własnym em, która uczy się tańca brzucha, ćwiczy jogę, chodzi na kurs ikebany i ma panią do sprzątania, zrozumie kogoś, kto od trzech miesięcy obsesyjnie chce zobaczyć dno kosza z brudną bielizną?

- Dla mnie twoje życie to sielanka - ciągnęła Zuzanna. - Zawsze robi mi się lepiej, kiedy do ciebie dzwonię. Zazdroszczę Ci tego wewnętrznego spokoju, tych codziennych spacerów do parku, tego, że nie musisz się malować, czesać, kłaniać w pas.

- Cóż... macierzyństwo to też praca.

- Może i praca, ale bez szefa, stresów, wyzwań - marzenie.

- I bez pensji - dodałam.

- Ale za to ile masz czasu dla siebie. Ja jestem już taka zmęczona tym napiętym grafikiem.

- Mój grafik jest teraz bardziej napięty, niż kiedy pracowałam. 

Znów to wymowne milczenie mówiące bezgłośnie, co ty pieprzysz?

- Zobrazuję to tak - zaczęłam - Co robisz, kiedy jesteś głodna, ale nie chce ci się gotować?

- Jem na mieście.

- No, a jeżeli nic ci się nie chce?

- No to nic nie robię.

- No właśnie. A kiedy Hela jest głodna, to musi zjeść w tej właśnie chwili, nie za dziesięć, czy pięć minut tylko juuuuż! Rozumiesz? Tak samo jest z piciem, spaniem, mokrą pieluchą, kupą w pieluszce.  Jeżeli nie przestrzegasz rygorystycznie planu dnia, nie wiesz, czy dziecko płacze, bo jest śpiące czy głodne. Czasem nawet półgodzinna obsuwa potrafi zrujnować nam obydwu dzień.

- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ona śpi, je i robi kupę zawsze o tych samych porach?

- Nawet dokładnie o tych samych godzinach. Dlatego możemy spokojnie pogadać przez telefon.  Między 11 a 13 Hela zawsze śpi na spacerze.

- To straszne - oburzyła się Zuza. - Czyli każdy twój dzień wygląda tak samo?

- Nie, każdy wygląda inaczej, bo Hela ciągle uczy się czegoś nowego.

- O Boże, właśnie przechodził Zbyszek. Znów się obleśnie gapił - Zuzanna nagle zmieniła temat.

- A propos, wiesz, że kobiety z dzieckiem są niewidzialne dla facetów? Przysięgam, od kiedy zaszłam w ciążę, żaden facet nawet na mnie nie spojrzał.

- Na pewno ci się wydaje - Zuza znów zbagatelizowała mój problem. - Po za tym wyjdź gdzieś bez dziecka, na pewno wzbudzisz zainteresowanie.

- A co zrobię z Helenką?

- Zostaw z kimś. Z babcią, ciocią, albo z Borsukiem. A najlepiej wyjedźcie bez niej na egzotyczne wakacje.

- Zwariowałaś?!

- I to szybko, póki mała nic nie jarzy, bo potem was nie puści.

- Zwariowałaś?!

- O co ci chodzi? Przecież ona tego nie będzie pamiętać, a wy odpoczniecie od rutyny - powiedziała z pogardą.

-  Nie wiem, czy wiesz, ale najważniejszym zadaniem rozwojowym pierwszego roku życia dziecka jest stworzyć bezpieczną więź z matką. Od jakości tej więzi zależą późniejsze relacje z innymi ludźmi i w ogóle ze światem - wygłosiłam referat. - Nie można ot tak sobie wjechać, kiedy dziecko ci już zaufa.

- Czyli jeżeli Martyna Wojciechowska zostawiła swoje kilkumiesięczne dziecko i wyjechała na biegun to znaczy, że dziecko będzie zaburzone? - zapytała Zuza.

- Gdzie wyjechała? Zostawiła niemowlę i wyjechała na biegun? To jakaś twoja znajoma?

- Nie. To gwiazdka telewizyjna. Czytałam o niej na Plotku czy Pudelku.

- Ale po co ona na ten biegun wyjechała?

- Potrzebowała wyzwań.

- Myślę, że raczej nie poradziła sobie z opieką nad dzieckiem i uciekła. A biegun to tylko kamuflaż.  Po za tym z bieguna trudno cię ściągnąć, nawet jeśli dziecko z tęsknoty płacze noc i dzień.

- Chyba przesadzasz. Przecież dziecko nie może cię zupełnie ograniczać.

- Pewnie, że nie może. Ale pierwszy rok trwa tylko rok. Po za tym można wyjechać z dzieckiem.

- Na biegun?

- Daj spokój. Biegun nie zając.

Kiedy wróciłam do domu, ochoczo wyrzuciłam na środek pokoju wszystkie brudne ubrania. Z pomocą Helenki, która uwielbia bawić się ciuchami, posegregowałam je na pięć części i postanowiłam, że do końca tygodnia zdobędę mój biegun na dnie kosza z brudną bielizną.

13:19, pocztaklary
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3